Awatar użytkownika

lat

cm
Elita

Motcombe Gardens
park ze stawem

To niewielkich rozmiarów ogród położony między domami w starej części miasta. Znajduje się w nim staw będący źródłem strumienia Bourne, od którego wzięła się nazwa miasta - Eastbourne. Mieszkańcy mogą się tu wybrać na piknik lub na spacer, nie musząc się martwić o zgiełk i tłumy przechodniów. Podczas spaceru po tym niewielkim parku, poza rozmaitymi gatunkami roślin i drzew, można się również natknąć na historyczny gołębnik oraz parę rzeźb.
Mów mi Eastbourne.
Uwaga, moje posty mogą zawierać: .

Dla użytkownika

Harvey Spencer
Awatar użytkownika
26
lat
189
cm
Tatuator
Techniczna Klasa Średnia
Reakcją obronną Spencera było udawanie, że nic się nie wydarzyło. Nie było żadnych randek w ciemno. Jedna z nich nie okazała się udana. Nie złapał wyjątkowo dobrego kontaktu z jedną z uczestniczek. Nie całował się z nią, czując się jak jakiś niewyrośnięty nastolatek, który po raz pierwszy przeżywał tą falę niezrozumiałych emocji. A potem nie wyszedł na zewnątrz i nie dowiedział się, że to była Harper. Te wszystkie następujące po sobie wydarzenia nic nie zmieniały w jego obowiązującej rzeczywistości, więc mógł okłamywać się. I to nawet działało przez kilka pierwszych dni, gdy spędzał całe dnie w studio. Nagle wszystko okazało się ważne. Zrobienie zaległych projektów, dogadanie tych bliższych i dalszych z klientami, uzupełnianie pracownianego Instagrama, a nawet papierologia. Każde zajęcie było dobre, żeby nie myśleć, aż… dotrwał do weekendu. Gdzie nic nie musiał i na jego nieszczęście też nawet jak chciał, to nikt nie miał czasu. Nawet rodzice powiedzieli, że gdzieś jadą i ich nie będzie. Więc w końcu dopadł go ten moment, kiedy musiał zmierzyć się z tym, co naprawdę się wydarzyło…
Ten cały proces trwał i nie należał do najprzyjemniejszych. Harvey nie był w stanie wyjaśnić jednej kwestii która go męczyła, więc brał się za następną, jeszcze bardziej dla niego niejasną i skomplikowaną. Nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytania, które pomimo takiego upływu czasu okropnie go męczyły. Nie mógł uwierzyć w to wszystko, co usłyszał z jej ust. Tą niby prawdę o sobie. On zupełnie inaczej postrzegał tamtą sytuację i nawet przez myśl mu nie przeszło, że Pearson mogła go tak odbierać. W tym wszystkim było tak wiele niewyjaśnionych wątków, że Spencer nie potrafił odsunąć na bok tego, co od niej usłyszał. Bo to kompletnie nie pokrywało się z tłumaczeniami, które wmawiał sobie od lat i… właśnie mogło okazać się, że one były mylne? Tego nie był też pewien, ale Harper nie wyglądała jakby wymyślała na poczekaniu, próbowała jakoś się tłumaczyć jedynie po to żeby się obronić. Nawet po takim czasie emocje nią targały i stały za wyrzuceniem z siebie tych przeprosin, wyjaśnień, żali i gniewu. A to całościowo nie składało się w spójny obrazek. Harvey zamiast sobie coś rozjaśnić, czuł się tylko coraz bardziej uwikłany we własnych myślach i uczuciach oraz zagubiony w tej nowej rzeczywistości, w której się znalazł…
Spencer siedział na ławce lekko pochylony do przodu z przedramionami opartymi na swoich udach. Wpatrywał się w płynę chodnikową z głową w dole, tak że jego włosy zakrywały większego twarzy. Oddychał głęboko, ignorując że to zimne, nieprzyjemne powietrze drażniło jego gardło i krtań. Z daleka musiało to wyglądać jakby czekał na jakieś skazanie. Lecz tak naprawdę walczył sam ze sobą. Żeby nie wstać i nie pójść sobie. Nie stchórzyć. Żeby na jej widok nie zacząć się rozpadać, jak ona to zrobiła ostatnim razem. Nie rozpłakać się. Żeby nie pozwolić, by opanowała go ta wściekłość. Nie zacząć ponownie krzyczeć. Więc to nie tak, że na spokojnie sobie na nią czekał… Uniósł nagle głowę do góry po usłyszeniu czyjś kroków. Kobieta, która przechodziła tą rzadko uczęszczaną parkową alejką, spojrzała się na niego zdezorientowana, a on zaraz ponownie opuścił głowę w dół. Ta bezwarunkowa reakcja świadczyła o tym, że mimo iż na zewnątrz wydawał się spokojny to w środku pozostawał całkowicie rozchwiany. Wydawało mu się, że czekał już naprawdę długo, chociaż mogło minąć zaledwie kilka minut. Był też trochę wcześniej, co też działało na jego niekorzyść. W tym krótkim, ale w jego odczuciu strasznie rozciągniętym czasie, zaczął wątpić w tą całą propozycję, z którą wyszedł. Wtedy po tym jak już zdobył jej numer telefonu i zaczął do niej wydzwaniać, to mógł odpuścić gdy nie odbierała. Lecz czuł, że powinni to wyjaśnić. Nie to, że on tego oczekiwał. Z obu stron padło tak wiele, że należało to zrobić. Więc po tym jak napisał tą wiadomość tekstową, czytał ją jeszcze parokrotnie zanim ją wysłał. Porozmawiajmy. Żadne z nas nie spodziewało się tego spotkania. Oboje zareagowaliśmy bardzo emocjonalnie. Lecz skoro już do tego doszło i padły niektóre słowa, to chciałbym ci wytłumaczyć z czego wynikało moje zachowanie w tamtym czasie. I chciałbym żebyś ty też coś mi wyjaśniła, bo nie do końca rozumiem tego wszystkiego, co mówiłaś. Chociaż to niczego nie zmieni, to uważam że ta rozmowa może tylko pomóc… a wcześniej było widać, że jesteśmy w stanie ze sobą normalnie rozmawiać, więc zachowajmy się jak dorośli ludzie i zróbmy to. Będę czekał w sobotę o 10 na ławce w Motcombe Gardens. Ten SMS mógł być pięciokrotnie dłuższy, a i tak nie znalazłoby się w nim wszystko, co powinno. Ale nie ważne co by tam jeszcze dopisał, decyzja należała do Harper.
I widocznie podjęła ją, bo Spencer zerknął na godzinę w telefonie. Było piętnaście po dziesiątej. Głośno westchnął po czym pokiwał przecząco głową. - Czemu zawsze robisz z siebie idiotę, Harvey - wymruczał pod nosem i podniósł się szybko z miejsca. To był jej wybór. On chciał chociaż spróbować ostatecznie to wyjaśnić, i jak mu się wydawało, zamknąć. Jeżeli ona nie chciała, trudno, podjęła decyzję. Obrócił się w prawo, robiąc krok do przodu i nagle zatrzymał się widząc ją przed sobą. Znieruchomiał, gdy jego wzrok utknął w jej twarzy. Już się poddał, a ona jednak pojawiła się. Potrzebował chwili żeby to przetrawić. Zaskoczenie i lekkie zdezorientowanie opuściły jego twarz, gdy jego wzrok ponownie powędrował w dół, a on zrobił krok w tył. Usiadł z powrotem na ławce i poczekał, aż ona uczni to samo. Miałeś to w głowie debilu. Myślałeś o tym, co jej powiedzieć na samym początku, więc mów! Ten głos miał o wiele łatwiej, bo nim nie targały te wszystkie emocje, które pojawiły się w nim po tym jak ponownie ją zobaczył. Ale miał rację. Harvey przecież przygotował się do tego spotkania. - Przepraszam. Za tamto swoje zachowanie. Nie powinienem cię tak atakować i tamte okoliczności wcale tego nie usprawiedliwiają. Nie chcę się tłumaczyć tym, że to był dla mnie ogromny szok, bo przecież dla ciebie też, więc… po prostu przepraszam, to nie powinno mieć miejsca - powiedział na samym początku. Trochę brzmiało to tak, jakby dokładnie te słowa ułożył sobie wcześniej. Jakby bał się, że ponownie coś się wydarzy, opanuje go jakaś furia i nie będzie w stanie racjonalnie myśleć. - Ja wyszedłem z tą propozycją, więc… mogę zacząć. Chyba, że ty byś chciała? - zapytał, nie chcąc odgórnie narzucać żadnego przebiegu wydarzeń. Jednak wydawało mu się, że to z nich które zacznie będzie miało gorzej, bo pierwsze będzie musiało się zmierzyć z reakcją drugiej strony. Ale mógł się dostosować, chociaż pozornie nie wydawał się na chętnego do współpracy, bo… jego głos brzmiał marnie, postawa była cały czas lekko zgarbiona, a wzrok nadal skierowany w dół. W tej chwili był to zupełnie inny Harvey, niż ten z którym Harper musiała zmierzyć się pod lokalem. Tamten był rozwścieczony, a ten zbłąkany i rozdarty. Tak więc, Pearson nie mogła pokiwać głową w odpowiedzi, bo nawet by tego nie zauważył. Czy tego chciała czy nie, to musiała zacząć do niego mówić…

@Harper Pearson
Uwaga, moje posty mogą zawierać: wulgaryzmy, seks, poza tym Harvuś jest milutki c:.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harper Josie Pearson
Awatar użytkownika
24
lat
168
cm
studentka/kelnerka
Pracownicy Usług
Widząc na telefonie przychodzące połączenie, totalnie się zmroziła. Jego numer usunęła z kontaktów dawno temu i na pewno nie umiałaby podać go z pamięci w poprawnej wersji, ale ta kombinacja cyfr przed jej nosem raczej nie pozostawiała dla niej większych wątpliwości, zatem na wszelki wypadek nie odbierała, ani za pierwszym, ani za kolejnymi razami. Nie dlatego, że chciała zrobić mu na złość, sprawić żeby poczuł się podobnie jak ona, kiedy próbowała się z nim skontaktować i wyjaśnić wszystko, a on pozostawał głuchy na jej telefony i ślepy na wiadomości, w których błagała go o rozmowę. Po prostu to wyobrażenie, że miałaby odebrać i mierzyć się z czymkolwiek, z czym się do niej dobijał, przerastała ją. Kiedy zaś napisał, mogła mu chociaż odpisać, ale tego też nie uczyniła. Chciałaby to zrobić, w końcu wystukanie na ekranie paru słów, w których poinformowałaby go, że nie przyjdzie, nie kosztowałoby ją więcej niż kilka chwil. Problem tkwił w tym, że wcale tak naprawdę nie chciała powiedzieć nie… tylko że potwierdzenie przyjścia wydawało się jej jeszcze gorsze, niż jakby miała odmówić. Na szczęście bądź nieszczęście, zależy z której spojrzeć na to strony, Harvey nie pytał się jej, czy się pojawi. Informował, że on będzie czekał. Co zwalniało ją tak w teorii z odpowiedzi pisemnej, za to zupełnie inaczej wpływało na jej sposób myślenia. Wywierało pewną presję. Może zrobił to celowo w takiej formie a może nie, nad tym nawet się nie zastanawiała bo już wystarczająco zajmował ją stres związany z dylematem, jak powinna postąpić. Gdyby nie to całkowicie przypadkowe spotkanie, nie próbowałby się do niej odzywać. Jakoś oboje z tym żyli. Chujowo, ale żyli – to znaczy ona chujowo, w jego kwestii mogła sobie tylko dopowiadać po tym, co usłyszała na randce, i co generalnie nie brzmiało jakkolwiek źle, tylko ta jego reakcja, gdy już ją zobaczył, wyglądała jakby nadal go bolało. Inaczej nie wydarłby się tak na nią, bo nie miałby po co. I to znowu przemawiało na korzyść jego propozycji, żeby się spotkać. Bo do tej pory, jeśli już o nim myślała, to wyobrażała sobie, że ruszył do przodu. Przebolał i zapomniał. Rozwalało to ją, ale paradoksalnie dawało jej jakąś namiastkę spokoju jeśli mogła wierzyć, że chociaż jemu wyszło to finalnie na dobre. A teraz zaczęła w to wątpić do takiego stopnia, że włączyła go do tego założenia o chujowym życiu. Wiedziała, że swoją zdradą nie tylko przekreśliła ich wszystkie plany i nadzieje, ale przede wszystkim w ten sposób zadała mu ogromny ból. Tylko naiwnie założyła, że on mu w końcu przeszedł…
W piątek, chociaż padała na twarz po intensywnym dniu, nie mogła zasnąć. Przekręcała się z boku na bok przez ponad połowę nocy, a potem zamiast w efekcie zaspać, obudziła się jeszcze przed świtem. Wszystko to z nerwów, które potęgowały się wraz z każdą kolejną godziną zbliżającą ją do umówionego spotkania. Cały czas mogła odpisać, że nie przyjdzie. Albo po prostu nie przyjść, nic o tym nie mówiąc. Niby podjęła decyzję, że pojawi się w tym parku, ale nikt poza nią samą o tym nie wiedział. Tylko że kiedy złapała za telefon, wyobrażając sobie wersję wydarzeń, w której faktycznie zostałaby w domu… już po kilkunastu sekundach beznadziejnie szlochała. Bała się tej konfrontacji, lecz wychodziło na to, że wymiganie się od niej było o wiele bardziej krzywdzącą opcją, dlatego ostatecznie utwierdziła się, że nie może ponownie stchórzyć. W takim razie wzięła się w garść na tyle, na ile była w stanie, by powoli zacząć się szykować.
Miała całe mnóstwo czasu, żeby dotrzeć na miejsce w porę, ale to wcale nie tak, że spóźniła się celowo. Rzeczywistość jednak ją przerosła i kiedy spojrzała na godzinę, nagle okazało się, że powinna była wyjść kilkanaście minut temu. Jej krok był więc pospieszny, niemniej w żadnym razie odważny, tylko jego dynamika mogła okłamywać. Zwolniła dopiero, widząc z oddali sylwetkę bruneta siedzącego na ławce. Nie chciała podchodzić do niego zziajana, właściwie teraz znowu czuła, że nie chce podchodzić do niego wcale; wybiła sobie z głowy odwrót, skupiając się na uspokojeniu swojego oddechu. Ten przelotnie ponownie przyspieszył, gdy znalazła się praktycznie u celu chyba zbyt niepostrzeżenie, bo Spencer z zauważalnym w ruchu zrezygnowaniem wstał, jakby miał zamiar odejść, a ich spojrzenia zaraz na dosłownie chwilę się skrzyżowały. Za moment milcząco poszła w jego ślady, siadając na tej samej ławce z zachowaniem wyraźnego odstępu. Raczej nie planowała odzywać się pierwsza, w każdym razie nie planowała na dzień dobry mówić nic konkretnego, z drugiej strony nie byli tu po to, aby wspólnie przebywać w ciszy, więc opuściła wzrok na swoje uda i przygryzając w zdenerwowaniu wargę, zbierała się w sobie, żeby może jakoś zacząć. Tylko nim wypełnił się jej pasek ładowania, musiała wcisnąć anuluj, gdyż to Harvey przemówił pierwszy.
Przepraszam. Na dźwięk tego słowa momentalnie zesztywniała, jednocześnie doznając chwilowego zaćmienia mózgu – czyli, prościej mówiąc, zgłupiała. Ale słuchała go dalej uważnie, skupiając się na jego głosie, aby nie został zagłuszony przez silne i dla niej niesamowicie głośne bicie własnego serca. Po tym wstępie, nieważne, czy był wyuczony, czy sam mu się taki ułożył - w tym stanie naprawdę nie umiała tego ocenić – w totalnym skołowaniu zareagowała odruchowo. - Nic... - Zaczęła i od razu przerwała, bo z jej ust ledwie wydobył się zduszony szept. Odchrząknęła więc, speszona, mając chociaż nadzieję, że to pozwoli jej zwalczyć gulę w gardle i odezwać się już bardziej zwyczajnym głosem. – Nic się nie stało. – Poprawiła się, nadal bardzo słabo, zaciskając za to bardzo mocno pięści w kieszeniach kurtki. Oczywiście, że się stało, bo wszystko, co jej wtedy wykrzyczał, po raz kolejny złamało jej serce. Mimo że przecież wiedziała, co zrobiła te trzy lata temu, jakie były tego skutki - ba, nawet to opłakiwała, bardzo długo i bardzo gorzko. Lecz tak czy siak, należało się jej. Może po takim czasie wydawało się to nieodpowiednie, w końcu kiedy rozmawiali podczas ich randki to zabrzmiało, że Harvey przepracował sobie swoją przeszłość... Niemniej jego gniew i inne objawy zranienia ominęły ją bezpośrednio po zdradzie, więc umiała sobie wyobrazić, że kiedy zobaczył ją tak bez ostrzeżenia, po prostu dał upust swoim emocjom, których wobec niej nie miał okazji z siebie uwolnić. Co prawda sam wybrał, aby tego nie robić, bo to on odciął się od jej prób jakiegokolwiek kontaktu - ale nieważne…
Nie spodziewała się tych przeprosin. Okej, napisał że chciał porozmawiać i wyjaśnić jakieś sprawy, ale tamtego wieczoru wpadł w furię, bo był głęboko zraniony, i chociaż może wmówił sobie niektóre nieprawdziwe rzeczy, to koniec końców nie zmieniało się sedno jego bólu. Ona go skrzywdziła i miał prawo się na nią wściec. Zacisnęła usta i zmarszczyła brwi, poza tym nic nie zmieniając w swojej pozycji. Nie chciała zaczynać. Miała swoje żale wobec niego, ale były one nieporównywalne z winą, która ciążyła na niej. Tamtego wieczoru była kompletnie zbita z tropu gdy go zobaczyła, a jak on zaraz zaczął ją atakować, pękła. Wtedy dała się ponieść emocjom i zachowała się tak, jakby za wszelką cenę nie chciała wziąć pełnej odpowiedzialności za swój własny błąd. Obecnie emocje także w niej buzowały, ale miała kilka dni na mentalne przygotowanie się do tego spotkania. Choć wcześniej ciągle wątpiła w słuszność swojego pojawienia się na nim, nie znaczyło to że nie myślała nad tym, jak powinna się zachować. I doszła do jednego prostego wniosku - że należało, aby tym razem z godnością przyjęła jego wyrzuty, nieważne w jakiej padną formie. To był jej pierdolony obowiązek i musiała go spełnić. Ten początek pozbawił ją pewnego określonego, oczekiwanego gruntu pod nogami i trochę wytrącił z roli, którą przecież chciała przybrać. Skok adrenaliny związany z nagłym poczuciem totalnego zagubienia, choć niewielki, wystarczył do szybkiego przeanalizowania położenia, w którym się znalazła, oraz wysunięcia jednego domysłu co do tego, jak miała dalej działać. Bo może… powinna sama go trochę sprowokować. Tak, to naprawdę był świetny pomysł.
- O czym chcesz rozmawiać, Harvey? Sam napisałeś, że to i tak nic nie zmieni, więc jaki jest tego sens? - Słowa, których użyła, całkiem dobrze pasowały do intencji, z którymi tu przyszła, i których spełnienie musiała w jakimś stopniu wymusić. Albo raczej pasowałyby, bo o wiele łatwiej było poczynić pewne założenia w domu, w samotności i z jeszcze względnie spokojnym umysłem (w porównaniu do stanu obecnego), co innego zaś wcielić te założenia w życie, kiedy Harvey był obok, skruszony i zmarnowany. A jej ton, chociaż planowała, aby wypadł przynajmniej tak oschle jak ten jego początkowy pod barem… brzmiał po prostu żałośnie. Był rozedrgany i kompletnie pozbawiony jakiejkolwiek mocy, która mogłaby chociaż pozornie świadczyć o nieprzychylnym nastawieniu blondynki. I najbardziej dobijało ją to, jak świetnie oddawał jej faktyczny stan.

@Harvey Spencer
Uwaga, moje posty mogą zawierać: temat samookaleczania i poronienia, bitchy attitude.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harvey Spencer
Awatar użytkownika
26
lat
189
cm
Tatuator
Techniczna Klasa Średnia
To, że Harvey był wtedy wściekły to jedno. To, że miał do tego prawo i dobre wytłumaczenie to drugie. Ale to jak z tym wszystkim się czuł to trzecie. Nie przepraszał, bo musiał czy uznał, że tak właśnie należało. Czuł rzeczywiste wyrzuty sumienia po tym jak ją potraktował. Nieważne, jak bardzo go zraniła to nie powinien tak wybuchnąć. Kiedyś tego typu zachowanie nie było dla niego w ogóle osiągalne, a tym bardziej zrozumiałe. Jednak od śmierci Toma Harvey rozchwiał się i potrafił stać się impulsywny, porywczy czy nawet agresywny. W momencie kiedy to się działo zupełnie nad sobą nie panował, a potem miał do siebie ogromny żal. Więc mimo iż jego słowa mogły zabrzmieć na wyuczone czy formalne, to były dogłębnie szczere. Gdy w odpowiedzi otrzymał to słabe, nic się nie stało, to wiedział że jest to kłamstwo, bo stało się. Jednak nie mógł nic więcej poczynić z tym faktem, poza tym co już zrobił, czyli przeprosić. Chociaż dalej czuł się koszmarnie źle ze swoim zachowaniem z tamtego wieczoru, to tak naprawdę to był jedynie początek. Przecież temat który przed nimi stał, był prawdziwą, ogromną górą lodową, na którą wpłynęli z zatrważającym tempem, nie zdając sobie nawet sprawy że czeka ich kolejna katastrofa. Bo Spencer był tak cholernie łatwowierny, że spotkają się po tych trzech latach i po tamtym nieprzyjemnych zdarzeniu, porozmawiają, wyjaśnią sobie wszystko, uścisną się i odejdą w przeciwnych kierunkach… no może jednak bez tego uściskania, obecnie brunet nie był w stanie nawet podnieść na nią swojego wyczerpanego wzroku, więc raczej nie było mowy o jakimkolwiek kontakcie. Nawet jeżeli miałoby dojść do niego po końcowym pojednaniu się… oj, biedny, naiwny Harvey.
Brunet nie zareagował w żaden sposób na jej odzywkę. Siedział dalej, nieruchomo w tej samej pozycji i trawił. Może gdyby jej słowa zabrzmiały bardziej surowo, oschle, jakby rzeczywiście chciała go jakoś sprowokować to zrobiłby coś. Ale wyglądało to tak, jakby próbowała, ale nie za bardzo była w stanie. Więc nie dał się w to wciągnąć. Raczej obstawił, że była to taka reakcja obronna. Konsekwencja tego co zaszło po randce w ciemno. Więc totalnie zignorował ten ton, chociaż pytania już nie mógł. Tylko, że na odpowiedź na nie zupełnie nie przygotował się, bo wyszedł z założenia, że jeżeli Harper się pojawi to będzie podzielać jego chęć rozmowy, a nie przyjdzie po to żeby ją podważyć. Tak więc, zabrakło mu języka w gębie, ale dosyć szybko się ogarnął. Przecież widział w tym jakiś sens, tylko musiał to ułożyć w logicznie brzmiące słowa, a z tym w obecnym, rozbitym stanie mógł mieć trudność. - Bo nie zmieni. Tego co się stało i późniejszych konsekwencji, ale na randce mówiłaś, że sobie to przepracowałaś. Ja uważałem dokładnie tak samo i… chyba myliłem się. A teraz kiedy wiem więcej i już zupełnie nic mi się nie zgadza, to jestem daleki od tego by uznać że przepracowałem cokolwiek - odpowiedział, próbując utrzymać w miarę spokojny, stabilny ton głosu. W między czasie musiał odchrząknąć, bo czuł jakby dosłownie ślina zatrzymała mu się w gardle i uniemożliwiała dalsze mówienie. Chęci tego całego przepracowania już chyba uzasadniać nie musiał, bo stało za tym to co było oczywiste. Zamknięcie tego tematu na zawsze i ruszenie do przodu. Wydawałoby się, że po trzech lat nie powinien mieć żadnych wątpliwości, sam czas powinien zagoić mu wszystkie rany i to uwolnienie oraz późniejsze odrodzenie na nowo powinno przyjść samoistnie. Jednak nie nadchodziło skoro Harvey nadal nie ułożył sobie życia, a nawet przez ten czas nie był w żadnej znaczącej relacji, która mogłaby świadczyć o tym, że miał to za sobą. Więc teraz skoro mieli tą możliwość to w mniemaniu Spencera powinni zrobić to, czego nie zrobili wtedy - o czym on sam zadecydował i był tego świadomy, lecz… skoro po trzech latach zareagował tak gwałtownie i burzliwie, to trudno było sobie wyobrazić jak wtedy mogłoby wyglądać jego zachowanie.
- Więc, ja zacznę… - wcale nie zabrzmiało to zdecydowanie, chociaż raczej powinno. Temat, który chciał wyjaśnić Harvey był długi i wieloetapowy. Jeden fakt pociągał za sobą kolejny, co utworzyło prawdziwe domino, które runęło tego wieczoru, gdy pokłócili się ze sobą. Jednak żeby się w tym wszystkim samemu nie pogubić się i przedstawić całą historię od odpowiedniej strony, to musiał zacząć od końca. - Nigdy nie byłaś dla mnie punktem na liście - te słowa w jego ustach zabrzmiały już o wiele pewniej, mimo iż zaraz po ich wypowiedzeniu zatrzymał się, bo… dobijał go fakt, że w tamtym czasie on doprowadził ją do takiego sposobu myślenia. Co zupełnie nie pokrywało się z jego uczuciami i zamiarami wobec niej, które wtedy miał. I co gorsze, pozostawał zupełnie nieświadomy, jak swoim zachowaniem na nią wpłynął. - Nie rozumiałaś mnie, bo nie mogłaś rozumieć, ale nie miałem pojęcia, że aż tak źle to wszystko odbierasz. Nie wiedziałem, że moje zachowanie może powodować w tobie takie wątpliwości. Skoro moje intencje, cele i uczucia były stałe, to wydawało mi się… że mimo wszystko ty o tym wiesz - przerwał, kończąc głośnym westchnięciem. Trudno powiedzieć, co Harvey myślał sobie wcześniej, najbardziej prawdopodobna opcja była taka że nie myślał wcale, ale teraz było mu o wiele ciężej niż zapewne zakładał. A dopiero co zaczął i to jednak od najgorszej możliwej strony. Bo miał przecież mówić o sobie, a tak naprawdę zaczął od mówienia o niej. Jego móżdżek nie rozważył tego, że słaba po wcześniejszym ataku Harper może odebrać to jako kolejne natarcie. Tylko zamiast wyjaśnić kim była dla niego naprawdę, to zwrócił uwagę na to, że był źle postrzegany przez nią. Pewnie już zaczął kopać pod sobą dołek i uniemożliwiać im szansę na w miarę normalną, dojrzałą rozmowę. Ale rzeczywiście nie myślał, to że w ogóle mówił i składał w miarę sensowne zdania powinno być godne podziwu, bo jego ciało w tym czasie żyło już własnym życiem. Lewa noga zaczęła się wyraźnie trząść w nerwowym odruchu, prawa dłoń co chwilę poprawiała opadające na jego twarz włosy, bo przecież nie wpadł na to, że wystarczyłoby się wyprostować. A gdy już ją opuszczał to mocno zaciskał, czując jakby próbowała mu drętwieć. Przez co zaraz splatał ją z tą drugą, jednak tylko na moment, bo te cholerne, długie włosy…

@Harper Pearson
Uwaga, moje posty mogą zawierać: wulgaryzmy, seks, poza tym Harvuś jest milutki c:.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harper Josie Pearson
Awatar użytkownika
24
lat
168
cm
studentka/kelnerka
Pracownicy Usług
Po tym, jak słabo zabrzmiała jej odzywka, nie spodziewała się że Harvey w odpowiedzi wybuchnie. Nie była ślepa, widziała w jakim jest nastroju (nawet jak wcale na niego nie patrzyła, WCALE – do oceny starczył jej ten przybity ton głosu). Wprawdzie od czasu kiedy jeszcze byli blisko zmieniło się wiele – zarówno między nimi, jak i z całą pewnością u każdego z osobna… ale mimo to teraz, będąc znów obok niego nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nadal go zna i nadal wie jaki jest. Najpewniej projektowała sobie na niego jego dawne usposobienie, co było niesamowicie naiwne, ale też raczej odruchowe i nieuniknione przynajmniej z początku. Wobec tego nie potrafiła tak całkowicie bezczelnie wbijać mu szpilek, żeby tylko go odpalić. Wkurzało ją to i frustrowało, bo sama siebie blokowała przed wypełnieniem założeń, które popełniła przy nastawianiu się do tego całego spotkania. Nie umiała go zaatakować nie mając do tego wystarczającego punktu zaczepienia… Czy w ogóle umiała go tak naprawdę zaatakować?
A teraz, kiedy wiem więcej... Nagle złapał ją tak mocny ścisk w żołądku, że aż musiała w reakcji głębiej pochylić się nad swoimi udami, jakby potrzebowała takim bezwarunkowym skuleniem uchronić się przed bólem, który w nią trafił. Ale to było tylko chwilowe – zaraz jej tułów odbił w przeciwną stronę, bo Harper prostowała się, i to w taki sposób jakby z opóźnieniem poczuła oparzenie albo coś w tym stylu. - Nic nie wiesz. - Odburknęła niezbyt głośno, nie umiejąc się powstrzymać przed tym jakże wiele wnoszącym komentarzem. Bo prawda była taka, że Harvey gówno wiedział. Skąd miałby wiedzieć, skoro nie docierały do niego żadne sygnały alarmowe, które z poczuciem beznadziei wysyłała mu jeszcze kiedy byli ze sobą. Skąd miałby wiedzieć, skoro podczas tej ostatecznej kłótni nie dopuszczał do siebie żadnych jej wyrzutów, będących tak naprawdę zagubionym błaganiem o zawalczenie o ich relację. I skąd miałby wiedzieć, skoro później nawet nie próbował dojść, dlaczego skończyło się jak się skończyło. Teraz dostał raptem kilka mało konkretnych zdań, bo przecież podczas randki nie wchodziła w szczegóły, a jak już stanęli twarzą w twarz to też rzucała jakimiś zdaniami w emocjach i z tego co pamiętała, nie padła tam żadna wstrząsająca, tajemna informacja. Mimo że tak właściwie nie było nic złego w tym co mężczyzna dopiero powiedział, Pearson w tym momencie poczuła się tak bardzo niezrozumiana, że już właściwie mogłaby zacząć go obrzucać tekstami, po których on z kolei mógłby się wkurwić i w odpowiedzi wylać na nią tą wściekłość, po którą tu przyszła. Ale zaraz odezwał się ponownie, i kurwa, znowu wszystko zmienił.
Zaparła się plecami o oparcie ławki i słuchała dalej, a każde jego następne słowo na powrót spychało ją do kąta poczucia winy. Mogła wcześniej sobie układać, jak wyglądał jego stosunek do niej w tych ostatnich miesiącach, nawet to czego się domyślała brzmiało całkiem podobnie do tego co mówił Harvey w chwili obecnej. Tylko właśnie – teraz to on to mówił. I chociaż wtedy jego całościowe zachowanie w jej odbiorze w ogóle nie wskazywało na to, że to co padło teraz mogłoby być prawdą, nie powinna tego podważać. Już na tym etapie zerkała na niego dosłownie kątem oka - bo skoro mówił o niej, to trochę jakby ją wywoływał. Jednak nie siedzieli bezpośrednio obok siebie, więc nie musiała nawet przekręcać głowy, brunet znajdował się jeszcze na skraju jej pola widzenia. Dostrzegała więc te bardzo oczywiste objawy jego zdenerwowania i... naprawdę było go jej żal. Od zawsze widziała go jako głównego poszkodowanego w tej sytuacji. To, że ją bolało wiele rzeczy, najczęściej traciło jakiekolwiek znaczenie, kiedy zestawiała się ze Spencerem. Ale nie było to dobre myślenie. Umniejszanie własnemu zranieniu w tym wszystkim, co działo się przed jej zdradą, wraz z kilkoma innymi czynnikami doprowadziło ją do najgorszego miejsca w jej życiu. Takiego, w którym często fantazjowała o tym, że mogłoby się jej coś stać i tak pewnie byłoby dla wszystkich lepiej. Poza tym, jak ciągle sobie powtarzała, była tu aby dać mu sposobność do wylania na nią złości, nie żeby go udobruchać czy pocieszyć. Musiała odwrócić twarz w kierunku przeciwnym do niego. Nie chciała pozwolić sobie na to, aby współczucie przesłoniło jej podstawowe założenia co do efektów, jakie miało przynieść to spotkanie. Jeszcze poddałaby się jakiemuś niepohamowanemu odruchowi i spróbowała go dotknąć, jak wtedy pod barem. Chociaż przez ponad trzy lata nie mieli ze sobą styczności, zaś przez znaczną większość tego czasu wypierała go ze swoich wspomnień, świadomości, to teraz... było w niej coś, co nieznośnie świerzbiło ją w ręce i szeptało, że to udawanie niewzruszenia jest żałosne, zwłaszcza że z każdą kolejną sekundą coraz wyraźniej odczuwała chęć zachowania się wobec niego tak, jak mogła zachowywać się kiedyś... Ale właśnie, teraz nie mogła. Więc zamiast tego musiała się w końcu wziąć, do jasnej cholery, w garść.
- Masz rację, Harvey, nie rozumiałam cię. – Jej głos w tych słowach był ściśnięty, podobny do tego którym wypowiedziała kilka chwil wcześniej te mająco brzmieć gorzko pytania – lecz siedziało w nim też coś… w pewnym sensie mrocznego. Jej podkrążone po beznadziejnej nocy, do tej pory piekące od porannego płaczu oczy w tym momencie znów zrobiły się wilgotne. Powoli uniosła podbródek i otwierając je szeroko, spojrzała w niebo. Starała się jak najmniej mrugać, żeby zbierające się w kącikach łzy wyschły zamiast opaść jej po policzkach. Bo to wszystko, co miała zamiar powiedzieć, bolało już teraz. Nie chciała się tłumaczyć, w ogóle najchętniej by do tego nie wracała, ale było trochę za późno - już tu przyszła, tym samym podejmując decyzję o podjęciu tematu, aż taka głupia nie była, żeby myśleć że będą rozmawiać o czymś innym. - I tym bardziej nie rozumiem, jak miałam nadal wierzyć w niezmienność twoich intencji, celów i uczuć po tym, w jaki sposób zakończyłeś tamtą kłótnię. Bo to, że odsuwałeś się ode mnie miesiąc za miesiącem, to jeszcze jakoś umiałam sobie wyjaśniać. Bardzo chciałam wierzyć, że nic się nie zmieniło i upierałam się przy tym, mimo że między nami było tylko coraz bardziej beznadziejnie. - Te zaciskające się w kieszeniach dłonie już zaczynały ją boleć od wbijających się w ich wnętrza paznokci, których przecież nie nosiła długich, bo było to bardzo niepraktyczne w stajni. Powoli też ogarniało je drętwienie, lecz nie chciała ich wyjmować żeby chociażby rozprostować palce... Jej obecny wygląd w całej tej sytuacji miał najmniejsze znaczenie, ale póki co pamiętała, że wolała się przed brunetem ukryć. Oczywiście on już wiedział o jej tatuażach po ich randce w ciemno, więc trzymanie łapek w kieszeni czy przesłanianie szyi golfem i szalikiem niewiele zmieniało, niemniej chociaż tyle szczątkowego komfortu mogła sobie zapewnić i nic nie pokazywać. Przed nim się wstydziła, bo on pamiętał ją inną. Dziewczęcą, subtelną, elegancką, czystą… Tamta Harper była też niestety niesamowicie łatwowierna, pogubiona i tak cholernie słaba, że dała sobie wmówić to, co stało się przyczyną ich końca. - Ale wtedy już poczułam się jak skończona idiotka. Jakbym naiwnie oszukiwała samą siebie przez cały ten czas, bo nie miałam odwagi zobaczyć czegoś oczywistego… – Skończyła w taki sposób, jakby miała zamiar jeszcze coś dorzucić, ale już nic więcej nie wydobyło się z jej ust, które na powrót się zamknęły. Jej ton był pełen wyrzutu, jednak gdy już się załamał podczas tego przedostatniego zdania, odpuściła. To był zły pomysł. Jej przyjście tutaj było jedną wielką pomyłką.

@Harvey Spencer
Uwaga, moje posty mogą zawierać: temat samookaleczania i poronienia, bitchy attitude.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harvey Spencer
Awatar użytkownika
26
lat
189
cm
Tatuator
Techniczna Klasa Średnia
Czy nic nie wiedział? Chyba nie spodziewał się, jak bardzo nie miał bladego pojęcia o niczym. Pewnie użył złego określenia, bo chodziło mu przecież o to, że Harper wspomniała wtedy o rzeczach, które nie układały mu się w całość. Więc raczej o to, że dowiedział się o istnieniu jakiś faktów, które wcześniej były mu nieznane. Lecz nadal to była tylko niewielka część, bo… to wszystko co dla niego było ostatecznym zakończeniem, dla niej było dopiero początkiem jej cierpienia. Lecz w tej kwestii Spencer nadal pozostawał nieuświadomiony.
- Ale to nie tak, nie było niczego do zobaczenia, nie musiałaś nic sobie uświadamiać… - zareagował odruchowo, chcąc jak najszybciej skontrować jej słowa. Słuchanie o tym do czego doprowadziło jego zachowanie nie było przyjemne. Teraz z perspektywy czasu czuł się z tego powodu naprawdę makabrycznie. Bo zupełnie nie widział żadnych jej sygnałów, będąc kompletnie zaślepionym przez swoje uczucia i cierpienie. To poczucie winy, które zżerało go od środka i przez które zachowywał się tak niejednoznacznie. Przez które stawał się innym, coraz bardziej obcym i chłodnym człowiekiem, mimo iż dalej pragnął tego samego ciepła. Ale wtedy w pewien sposób też karał samego siebie i dobrze o tym wiedział, tylko przy tym zupełnie nie uwzględnił side effects, które odbiły się na Harper. Nagle pod natłokiem jej słów i swego rodzaju przytłoczenia, które go ogarnęło poczuł potrzebę się bronić. Chociaż wcale go nie atakowała, ale to co mówiła nie pokrywało się z jego rzeczywistością, więc chciał zapewnić ją jak było naprawdę, nawet jeżeli okazywał coś zupełnie innego. - Ja cały czas próbowałem robić wszystko tylko dla nas. Trzymałem się nas bardzo kurczowo, licząc że dzięki temu nie dam się zaciągnąć w dół i jakoś to wszystko przetrwam, ale… Ale to nie było tak, że postawiłem sobie jakieś cele i do nich uparcie dążyłem. Że chciałem tego małżeństwa, domu, wspólnej przyszłości i potrzebowałem ciebie, żeby wypełnić ten plan. Właśnie było zupełnie na odwrót… - urwał, nie kończąc swojej myśli. Może byłoby łatwiej, gdyby zaczął od tłumaczenia, dlaczego konkretnie zachowywał się w ten sposób. To znaczy, w pewnym sensie Harper miała pojęcie dlaczego - chodziło o śmierć jego brata. Jednak blondynka nie znała wszystkich faktów, a z ich przybliżeniem Spencerowi wcale się nie śpieszyło. Zresztą następujące po sobie wydarzenia to jedno, a jego emocje i uczucia to zupełnie coś innego. Dlatego też po tym, jak uderzyła go swoimi oskarżeniami, to w pierwszej kolejności dążył do sprostowania tej części.
Chociaż to samo w sobie też nie było takie proste, co było widać po nim doskonale, gdyż zawiesił się na dłuższą chwilę. Wcale nie mówiło się łatwo o tym, jak wiele dla niego znaczyła, wiedząc o tym co wydarzyło się później. Cały czas, mając przed oczami tamten obraz. Czując się tak beznadziejnie i bezwartościowo, jak on poczuł się tamtego dnia. Jednak dalej próbował jej wyjaśniać, że nawet w tamtym czasie, gdy był zupełnie odgrodzony i zachowywał się jak skończony palant, to była dla niego całym światem. Chwilę przed wypowiedzeniem kolejnych zdań przestał się tak bardzo szamotać. Powstrzymał drgania nogi, zaciskając na niej swoją dłoń, a gdy ta już się uspokoiła to połączył palce ze sobą, jednocześnie opierając łokcie na udach. Wyraźnie się na coś przygotowywał. I chociaż to były tylko słowa, świadczące o zamierzchłej przeszłości, to nadal mówić to było mu równie trudno, jakby nie minęły wcale trzy lata tylko może trzy dni. - To wszystko miało znacznie tylko z tobą. Bo to ty byłaś celem. Dzięki tobie te wszystkie plany miały sens. I to wyobrażenie przyszłości, którym wtedy żyłem mogło istnieć, dopóki ty w nim byłaś… - dokończył już słabnącym głosem. Chociaż to wszystko mogło brzmieć jak nic niewarte puste słowa, bo przecież zawsze mogła zapytać, jeżeli to wszystko prawda to dlaczego o nas nie walczyłeś? To mogło tak wyglądać z jej perspektywy. Jednak on nie widział żadnych sygnałów ostrzegawczych. Takich, które kazałyby mu wziąć się w garść. Takich, które by mu pokazały, że miłość jego życia już... nie czuje się nią. To nie było żadne usprawiedliwienie, ale po prostu tego nie widział. Był zbyt zaślepiony swoimi problemami i wyrzutami do samego siebie.
Po czym w czasie tamtej kłótni usłyszał z jej ust zdanie, które sprowadziło go na ziemię w ciągu sekundy. I nagle świat mu się zawalił, bo w jego głowie nie byli zagrożeni. W jego wyobrażeniach zawsze byli razem. Nie było najmniejszej wątpliwości. Harvey & Harper był nierozrywalnym teamem. Byli parą niczym z romantycznych filmów. Niemal od dzieciaka do na zawsze. Naprawdę chciał złożyć jej tą przysięgę i do końca swoich dni być tylko z nią. Mieć tylko ją. Być tylko dla niej. Nikt więcej nie był mu do szczęścia potrzebny i był święcie przekonany, że tak już będzie zawsze. Więc w tamtym momencie pękł, gdy został wrzucony do tej nowej rzeczywistości, w której wcale nie chciał być, a na dodatek... poczuł, że nagle to wszystko co się wydarzyło mogło nie mieć żadnego sensu. To znaczy i tak nie miało, ale na tamtym etapie Harvey jeszcze sobie tłumaczył, że mógł się tak zachować. Przecież nic nie wiedział, nie miał świadomości, żył swoim życiem. A w tamtym momencie to życie rozpadło się. - Nie uciekłem wtedy przed tobą. Tylko przed tą rozmową. Nie chciałem jej odbyć, bo bałem się jak to wszystko się skończy, a to samo w sobie mnie przerażało i... sprawiło, że poczułem się jeszcze bardziej winny niż wcześniej. Winny... - przerwał ponownie, bo potrzebował na moment schować twarz w swoich dłoniach. Przejechał nimi po niej, wziął głęboki wdech i dokończył. - Chodzi o Toma... - zaczął bardzo niepewnie. Nadal nie był przekonany, że powinien jej o tym wszystkim opowiadać. Nie zrobił tego wtedy specjalnie, bo chciał jej czegoś oszczędzić, a teraz to przecież miało jeszcze mniej sensu, bo nie mógł niczego uratować tą prawdą. Lecz skoro mieli sobie to wyjaśnić i spróbować się wzajemnie zrozumieć, to musiał poruszyć tą kwestię. O ile Harper była w ogóle na to gotowa. Dlatego też w tym momencie zatrzymał się. Tym razem nie po to, by zrobić przerwę dla siebie, tylko żeby upewnić się że może poruszyć ten temat. Jego głowa w końcu powoli uniosła się do góry, po czym odwróciła w bok, a jego półżywy wzrok skierował na jej twarz, próbując z niej cokolwiek odczytać...

@Harper Pearson
Uwaga, moje posty mogą zawierać: wulgaryzmy, seks, poza tym Harvuś jest milutki c:.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harper Josie Pearson
Awatar użytkownika
24
lat
168
cm
studentka/kelnerka
Pracownicy Usług
Mogła się domyślić, że Spencer z pełnym przejęciem będzie próbował wyprowadzić ją z błędu. Właśnie taki był – miał dobre intencje, a teraz, kiedy dowiadywał się, że ona w tamtym czasie przestała je dostrzegać, potrzebował ją zapewnić, że omylnie go odbierała. Tylko że to, o czym mówiła, było błędem już popełnionym. Oczywiście tego głównego nie stanowiło to, jak się wtedy poczuła, a co z tym zrobiła, niemniej to wszystko już się wydarzyło. I co z tego, że obecnie była mądrzejsza i chyba nie dałaby sobą ponownie tak zmanipulować. Co z tego, że zrozumiała swoją tragiczną pomyłkę, dopuszczając w tym do siebie rzeczywiste motywy zachowania bruneta. Co, kurwa mać, z tego wszystkiego? Jedno wielkie, pierdolone nic. W tamtym okresie zaczynała coraz poważniej wątpić w uczucia, którymi darzył ją Harvey - w końcu była w tej sytuacji i emocje przesłaniały jej część zdroworozsądkowego spojrzenia. Jednak z perspektywy czasu oraz wydarzeń widziała, że to była najbardziej prawdopodobna wersja, tylko ona w chwili słabości dała się już całkowicie zaślepić wersji człowieka, któremu tak naiwnie ufała i którego uważała za swojego szczerego przyjaciela. Pewnie do jakiegoś punktu na osi czasu faktycznie jeszcze nim był, chyba przez tyle lat relacji nie mogłaby nie zauważać w jego zachowaniu czegoś złego… No w każdym razie po oddaleniu się od tego, co się zadziało, mogła wysnuć pewne wnioski co do tego, jak było w rzeczywistości. Między innymi dlatego nie potrafiła dłużej zabiegać o kontakt i wyjaśnienie swojego postępowania – bo dotarło do niej, jak kurewsko głęboko musiało go zranić to, co zrobiła, nieważne jakie miała na to wytłumaczenie. I dalsze słuchanie o tym, jaka wcześniej była dla niego ważna, w odczuciu Harper stanowiło już prawdziwą torturę. Po raz kolejny przypominało boleśnie, co miała i co straciła, chociaż żadne z nich tak naprawdę nie chciało, aby ich związek się kończył. Nawet nie była w stanie tego skomentować. Wstrzymywała oddech, zaciskała mocno powieki i z każdą sekundą napinała swoje ciało coraz bardziej, byle tylko nie dopuścić do nagłego wybuchu płaczu.
Nie umiała mu przerwać, chociaż właśnie to najchętniej by zrobiła; jednak za bardzo bała się, że wypowiedzenie czegokolwiek poskutkuje złamaniem się i w efekcie zaniesieniem głośnym szlochem. Zatem uparcie milczała, walcząc sama ze sobą wobec stale narastającego poczucia beznadziei, aż nagle (okej, wcale nie tak nagle – w końcu Spencerowi szło jak krew z nosa, tylko ona była taka odklejona) padło coś, na co ewidentnie już musiała zareagować. Chodzi o Toma – odbiło się echem w jej głowie, i choć była odwrócona, miała zamknięte oczy, zaś zwrócenie przez bruneta głowy w jej stronę przebiegło raczej bezgłośnie, w jakiś sposób niemal odczuła, że spojrzał na nią żeby zobaczyć na jej twarzy przyzwolenie na kontynuację. W odpowiedzi na to niewytłumaczalne wrażenie bez przemyślenia uniosła powieki i przekręciła buzię w jego kierunku, tym samym napotykając ten łamiący serce wzrok. - Nie, Harvey. – Szepnęła bezsilnie, uwięziona w jego smutnych oczach. Powinna pozwolić mu wyjaśnić, jak się wtedy czuł wobec tego, co wydarzyło się w jego rodzinie, i jaki to miało wpływ na jego zachowanie oraz postrzeganie rzeczywistości, a tym samym na zachowanie w ich relacji. Tyle że na tym etapie to już nie wnosiło nic nowego, bo Harper zorientowała się, że to naprawdę nie chodziło o nią, tylko o tragedię, której niejako był uczestnikiem i której nie był w stanie przeżyć. Nie była taką egoistką, żeby nie widzieć ogromu jego cierpienia i nie mieć dla niego zrozumienia. Właśnie tym bólem po stracie brata sama sobie tłumaczyła jego dystansowanie się – nie próbowała wszystkiego odnosić do samej siebie, jakby mogła być powodem każdego jego zmartwienia. Dotarło to do niej z całą pewnością. - Wyciąganie Toma na wierzch teraz jest poniżej pasa. – Dodała zaraz słabo, nie kontrolując uciekających z kącików oczu łez.
On był dobry. Ona zła. Ta równowaga musiała zostać zachowana. Dopóki wierzył, że Harper po prostu go zdradziła, nie miał potrzeby się z nią kontaktować. Teraz, gdy w wyniku groteskowego zrządzenia losu spotkali się na tej randce, a on w trakcie i po niej usłyszał od niej coś, co mogło nieco zachwiać tym zero-jedynkowym spojrzeniem na sposób, w jaki oni przestali istnieć... nagle chciał wyjaśniać całą tamtą sytuację. Sytuację, która rozgrywała się wprawdzie na przestrzeni miesięcy, ale ponad trzy lata temu. Nie zamknęli tamtego rozdziału jak należy, nie rozprawili się z nim wtedy kiedy było trzeba. I najwidoczniej ciągnął się on zarówno za nią, jak i za nim - dla każdego z nich w inny sposób się to objawiało, jednak tak czy siak, ich reakcje ostatnio pod barem świadczyły o tym, że nie przepracowali tego do końca. Czy może nie pogodzili się? Nie dali sobie szansy na wylanie wobec siebie emocji - to znaczy Harvey nie dał im tej szansy, ale nieważne. Ważne było, że należało to jakoś na siłę domknąć, bo przecież to byłoby łatwiejsze niż dalsze wyjaśnianie ich punktów widzenia, z którymi konfrontacja przynosiła, przynajmniej jej, odżywający na nowo ból. Jego życie musiałoby być łatwiejsze, gdyby mógł definitywnie ją skreślić. Niecelowo sprawiła, że może zaczął patrzeć na tamte wydarzenia z innej perspektywy i chyba chciał ją teraz zrozumieć. A przecież ona tego nie chciała, bo tak czy siak jej wina pozostawała nie do zmazania, więc... why try?
Ale znowu - łatwiej powiedzieć niż zrobić. Bo to, że uważała ucięcie wątku za w pewnym sensie słuszne wyjście, nie oznaczało, że za takie je odczuwała. Odczuwała zupełnie co innego - to, czemu poddała się w emocjach ostatnio, a poddała się próbie wyjaśnienia, dotarcia do niego. Żeby jednak właśnie ją zrozumiał, żeby wiedział że była niewyobrażalnie pogubiona, a nie, że go nie kochała albo dała się porwać przypływowi namiętności bez baczenia na konsekwencje, moralność oraz wartości, którymi się kierowała. Więc głowa swoje - ona odpowiadała za dóbr słów. Lecz serce też swoje - i to ono dyktowało jej postawę oraz ton, które nie mogły być spójne z tą okropną wypowiedzią. Mimo że odchrząknęła, żeby może udało się jej zabrzmieć jakkolwiek zdecydowanie, jej głos nadal wypadał tak, jakby sama nie wierzyła w przekaz, jaki niósł, łamiąc się przy tym w co drugiej sylabie. - Bo nie wiem czy jest co głębiej tłumaczyć. Dla ciebie to będzie tylko przykre, a ostatecznie rzeczywistość się nie zmieni. Ty byłeś załamany, a ja okazałam się wielką egocentryczką, sprowadziłam wszystko do siebie i wybrałam bardzo złą reakcję obronną. I tyle. – Patrzenie na niego w trakcie pierdoliło jej umysł – z jednej strony miała świadomość, że mówi kompletnie wbrew sobie, że te zdania są raniące; jednak paradoksalnie uważała je za taki… akt miłosierdzia względem Spencera. Wypowiedzenie tego kosztowało ją całą jej godność. Właśnie tyle była w stanie dla niego poświęcić - resztki tego, co może było w niej wartościowe i czego mogłaby bronić, żeby nie wyjść w tym wszystkim na największą sukę... w zamian za usprawiedliwienie go. Teraz pomijała wszystkie okoliczności jakkolwiek łagodzące jej winę. Nie wspominała o pierdolonym Tonym, o swoich cholernie przykrych emocjach i zrytym postrzeganiu rzeczywistości, które zostało jej wmówione. Przekreślała to wszystko, żeby Harvey mógł poczuć się uniewinniony i przejść do tej części, w której miał mieszać ją z błotem. Po wszystkim tylko z powrotem odwróciła głowę do boku, nie będąc w stanie znieść patrzenia na jego reakcję. Znów wstrzymała oddech i nawet nie ocierała spływających po policzkach łez, byle tym ruchem nie zwracać uwagi na fakt, że bezgłośnie ryczała.

@Harvey Spencer :broken_heart:
Uwaga, moje posty mogą zawierać: temat samookaleczania i poronienia, bitchy attitude.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harvey Spencer
Awatar użytkownika
26
lat
189
cm
Tatuator
Techniczna Klasa Średnia
Chciał tego potwierdzenia od niej. Przecież mógłby tak po prostu zacząć mówić i to wszystko opowiadać, o ile w trakcie nie przerwałaby mu, a to była naprawdę długa historia. Jednak nie chciał tego robić bez jej zgody. Bo wcale nie musiała być gotowa, by znosić jakąś prawdę o Tomie. Bezpośrednio to jej wcale nie dotyczyło, chociaż nie dało się ukryć, że wpłynęło na niego, a tym samym na nich, ale… tak czy inaczej, te informacje mogłoby tylko zacząć go jakoś tłumaczyć, ale też przy okazji zrzucić jakieś poczucie winy na Harper. A tego nie chciał. Nie chciał obciążać ją jeszcze tym, jeżeli w ogóle ona sama nie chciałaby o tym słuchać. A też nie chciała. W sumie miał swoją szansę wtedy. Miał kilka tych miesięcy po jego śmierci, żeby jej wszystko wyjaśnić. Opowiedzieć co działo się przed nią i jak wyglądało to, kiedy go znalazł. Bo wprost nigdy z nikim o tym nie rozmawiał. Nawet nie powiedział, co zrobił Tom. Mówił tylko, że nie żyje i się zabił. Rzucał tymi określeniami nieprzemiennie, ale pomijał to, że w rzeczywistości Tom powiesił się. Chociaż i tak pewnie wszyscy wiedzieli, bo na pogrzebie mimo iż bardzo starali się ukryć te ślady na szyi, to one i tak były dobrze widoczne. Lecz to było tylko niesamowicie przykrym zakończeniem całej historii, która zaczęła się o wiele wcześniej, ale wyciąganie Toma na wierzch teraz jest poniżej pasa. Miała rację. I poczuł, że zrobiło mu się niedobrze, bo właśnie… chciał wykorzystać tragiczną śmierć swojego brata i okoliczności, które jej towarzyszyły, by jakoś usprawiedliwić swoje beznadzieje zachowanie z kilku ostatnich miesięcy ich związku. Jego wzrok ponownie opuścił się w dół, twarz odwróciła się przed siebie, a on walczył z tym okropnym uczuciem, by zaraz nie zostawić treści swojego żołądka na chodniku. Musiał wziąć kilka głębszych oddechów, przez chwilę koncentrując się tylko na powietrzu wypełniającym jego płuca. W żaden sposób jej nie przytaknął, ale tą wymowną ciszę i pauzę, która nastąpiła po tamtej jej odpowiedzi, mogła uznać za zgodę w temacie.
Tak więc, odhaczył już chyba wszystkie pozycje na swojej liście. Po pierwsze, miał ją przeprosić za swoje beznadziejne zachowanie. Check. Po drugie, miał jej wyjaśnić jak wyglądały w tamtym czasie jego rzeczywiste uczucia do niej. Check. Po trzecie, miał wytłumaczyć dlaczego pomimo to był nieobecny i izolował się od niej. Che… No nie udało mu się, ale nie miał zamiaru niczego drążyć na siłę. No to można uznać, że chociaż częściowo odhaczone. Chyba mogli powoli przejść do rozmawiania o niej, a raczej o tym, co ona miała mu do powiedzenia, tylko że… w tym momencie zaczęła mówić, ale zupełnie nie o tym, o czym Harvey chciałby słyszeć. Słuchał uważnie tego co miała do powiedzenia. Naprawdę musiał się skupić, bo wypowiadała te wszystkie słowa z takim trudem, że mimo iż niosły one treść, która odrzucała możliwość jakiejkolwiek rozmowy, to brzmiało to tak słabo i krucho, że ani przez chwilę nie uwierzył. Rację miała tylko w jednym, rzeczywistość się nie zmieni. Nie mieli wpływu na to, co wydarzyło się w przeszłości. Byli w momentach swoich żyć w jakich byli, ale przecież Spencer na samym początku wyjaśnił jej, po co miało być to wszystko. I wydawało mu się, że w końcu te rozsądnie brzmiące argumenty do niej trafiły. Lecz teraz ponownie spotykał się ze ścianą… która była tak gruba jak kartka papieru. Jednak Harper cały czas niezrozumiale broniła się przed tym, by zacząć mówić. Zupełnie tego nie pojmował, bo w jego prostym myśleniu rozmowa mogła jedynie pomóc. Nie wiedział tego, co wiedziała Pearson, więc nie wyczuwał zagrożenia, na które sam ich narażał, naciskając na kontynuacje tego tematu. - Sama w to nie wierzysz - skomentował fakt. Ten wynikający z obecnie rozgrywającej się sytuacji. Bo jeżeli by tak było, to powinna umieć powiedzieć mu to wszystko w zupełnie innym tonem, w inny sposób. Odwrócił ponownie twarz w jej stronę i chociaż ona już patrzyła w przeciwnym kierunku, to i tak widział bok jej buzi. I to że była mokra od łez. Tym razem był świadomy, a nie przytłumiony swoim gniewem jak ostatnio, więc ten widok zabolał go od razu. Lecz tym bardziej przestawał cokolwiek rozumieć, bo to zwyczajnie nie składało się w spójny obrazek. - Jeżeli miałabyś być taką wielką egocentryczką, to… czemu teraz płaczesz? - zapytał wprost, mając świadomość że w ten sposób może wywołać dwie skrajne reakcje u Harper. Albo popadnie w prawdziwy lament, pęknie i zacznie mówić. Albo wkurzy się jeszcze bardziej i dopiero prawdziwie negatywne emocje zaczną przez nią przemawiać. Cokolwiek by osiągnął, to liczył na ten sam efekt - zaczęłaby mówić. Nie ważne w jakim tonie i jakimi słowami, byleby szczerze. A nie próbowała wciskać mu jakieś kity, w które nawet ktoś tak momentami ślepy jak on, nie byłby w stanie uwierzyć.
Jednak mogła zacząć szukać sobie jeszcze innych wytłumaczeń na ten płacz, pewnie byłoby ich wiele. Tylko Harper chyba zapomniała, że zanim doszło do tej ich okropnej kłótni przed barem, to wcześniej spędzili razem w środku sporo czasu. A Harvey miał całkiem dobra pamięć, szczególnie że od samego początku uważnie słuchał na tej randce i okazało się, że sporo udało się mu zapamiętać. - Zresztą sama mówiłaś… o tym, że to było nieporozumienie… którego nawet nie miałaś szansy wyjaśnić, więc… wyjaśnij mi to, Harper. - To słowo nieporozumienie ledwo przeszło mu przez gardło, było słychać że się nad nim załamał i wypowiedział je półgłosem. Jakby na moment stracił zdolność normalnego wysławiania się. Pamiętał też dobrze, że wtedy w swojej gwałtownej i emocjonalnej reakcji uczepił się tego sformułowania. Lecz teraz nie chciał przywiązywać wagi do drobnych słówek, tylko pragnął w końcu spojrzeć na to całościowo. Niestety potrzebował do tego jej współpracy. Bo sam wiedział, ile wiedział i nie był w stanie dowiedzieć się więcej. Chciał, naprawdę chciał to wszystko sobie wytłumaczyć, ułożyć, zrozumieć i zamknąć. Z naciskiem na zamknąć, bo to nie było normalne życie. A wtedy na randce nie kłamał, normalne życie brzmiało dla niego naprawdę dobrze. Tego chciał. Jedynie tym razem nie dla niej. Nie z jej powodu. Tylko dla samego siebie. - Bo jeżeli nie chcesz mi tego wytłumaczyć… to po co tu w ogóle przyszłaś? - zapytał na sam koniec. W jego głosie nie było słychać chociażby cienia pretensji, ale jeżeli nie miała zamiaru z nim rozmawiać, to kompletnie nie rozumiał jej obecności. Przecież to był jej wybór. Nie musiała nawet dawać mu znać, że nie pojawi się. Wystarczyło, żeby nie przyszła, wszystko zostałoby niewyjaśnione, a raczej z tym samym wytłumaczeniem, które utrzymywał przez ostatnie trzy lata. Wtedy musiałby wziąć jej słowa na randce jako próbę oczyszczenia się z win, a jej późniejsze zachowanie jako chęć odwrócenia wszystkiego do góry nogami i zamieszania mu w głowie. Wtedy mógłby dalej myśleć o niej jako o tej złej Harper, która bezczelnie przespała się ze swoim przyjacielem, ale… kiedy siedziała tutaj obok niego, ledwo co składając zdania i nie potrafiąc zapanować nad swoimi łzami, to nie był w stanie tak łatwo ponownie dać się przekonać do tej wersji wydarzeń.

@Harper Pearson :pls:
Uwaga, moje posty mogą zawierać: wulgaryzmy, seks, poza tym Harvuś jest milutki c:.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harper Josie Pearson
Awatar użytkownika
24
lat
168
cm
studentka/kelnerka
Pracownicy Usług
Siedziała nieruchomo, ale walczyła zacięcie. Po pierwsze o to, żeby dusić w sobie ten ciągle próbujący narosnąć, pierdolony płacz. Miała grać twardą sukę, a tymczasem bezgłośnie ryczała jak bóbr i wszystkimi swoimi siłami napinała mięśnie brzucha i klatki piersiowej, żeby tylko, kurwa, nie ryknąć głośnym, żałosnym szlochem. Po drugie o to, żeby znowu nie uciec, bo chociaż Harvey tym razem jej nie atakował, to rozmowa, na którą w teorii godziła się przychodząc tutaj, a którą on starał się naprawdę sensownie prowadzić, okazywała się nawet trudniejsza do zniesienia niż te jego ostatnie wrzaski. Po trzecie o to, żeby się nie złamać. Bo postanowiła sobie coś nie po to, żeby teraz ulegać.
Była rozbita – mimo własnego postanowienia, pragnęła się poddać, odpuścić, wylać emocje, wysłuchać wszystkiego co miał jej do opowiedzenia oraz jemu opowiedzieć o tym wszystkim, co przeżywała w tamtym czasie. Gdy więc usłyszała ten prosty komentarz – sama w to nie wierzysz – miała ochotę wykrzyczeć, że to przecież oczywiste, że nie wierzy, bo jak miałaby niby wierzyć w taką bzdurę. Zamiast tego milczała uparcie, równie uparcie wpatrując się w jakiś oddalony punkt między drzewami, powtarzając sobie, że jeszcze moment przeczeka, a potem wróci do swojej gry. Po pytaniu czemu teraz płaczesz od razu szybko opuściła i zacisnęła powieki, z ogromną determinacją ledwo zwalczając kolejną falę rozdzierających emocji. Nie odpowiedziała. Nawet nie tylko dlatego, że nie byłaby w stanie wykrztusić z siebie słów dających się zrozumieć. Głównym powodem braku werbalnej reakcji było to, że najzwyczajniej nie miała co odpowiedzieć. Niby jak to wytłumaczyć, uchylając się od prawdy? Idiotka, pieprzona idiotka.
W jego kolejnej wypowiedzi dostrzegła dla siebie szansę na kontrę. Okazję na przywrócenie sobie złej twarzy. Ledwo co się trzymała, ale zdawała sobie sprawę, że brak natychmiastowej reakcji może tą szansę zaprzepaścić – jeszcze Spencer powie więcej, znowu coś, na co by zaniemówiła. Więc nadal na niego nie patrząc, bo ani nie otworzyła oczu ani się nie przekręciła, bardzo mocno odchrząknęła, a następnie pozwoliła słowom wyrwać się z jej piersi w krótkim, szybkim potoku, jako że w jakiejkolwiek innej formie z pewnością zabrzmiałyby równie słabo co te dotychczasowe. - Myślisz, że gdybym potrzebowała coś ci wyjaśnić, to nie miałam jak do ciebie dotrzeć? – Porażka, głos i tak się jej załamał. A najgorsze, że to wyrzucone z siebie, retoryczne pytanie stanowiło szczyt jej aktualnych możliwości obrony całej tej szopki, którą usiłowała odstawiać. Była zdeterminowana, ale co z tego, skoro ta jej udawana poza nijak nie trzymała się kupy. Nie tylko w chwili obecnej - jej postawa i słowa wtedy pod barem stały w opozycji do słów, które do niego kierowała teraz. Bo wtedy zachowała się tak, jakby naprawdę pragnęła sprostować jakieś sprawy, jakby liczyła na jego zrozumienie. Zrozumienie, które przecież z oczywistych przyczyn nie miało racji bytu, ale to już nieważne… Gdyby naprawdę myślała w taki sposób, jaki wynikał z tego beznadziejnego fuknięcia, nie przyszłaby. To znaczy nadal sama przed sobą twierdziła, że nie chce nic wyjaśniać, ale tak naprawdę pragnęła, żeby on wiedział.
Po co tu w ogóle przyszłaś, Harper?
Liczyła na to, że dziś usłyszy coś, co ją pokona. Bo wcześniej wiedziała, że swoją zdradą zadała mu ból tak wielki, że nie chciał mieć z nią nic wspólnego, to było dość oczywiste i logiczne. Tylko może w tym tkwił jej problem – w tym, że sama sobie to powiedziała. Przez to nie mogła się w pełni odciąć od tej ich wspólnej przeszłości, bo gdzieś bardzo głęboko odzywał się w niej cichy głos mówiący, że zraniła go w najgorszy możliwy sposób, ale skoro wcale nie chciała tego robić, tylko naiwnie uwierzyła w całą tamtą manipulację, to może byłoby to do odkręcenia… Ale poczucie winy nie pozwalało jej spróbować, więc żyła niby pogodzona z tym, że to ona ich przekreśliła, a tak naprawdę cały czas oddałaby wiele, aby mieć szansę to jakoś naprawić. Lecz gdyby okazało się, że Spencer szczerze jej nienawidzi, to niezależnie od przyczyn nigdy by jej nie wybaczył i chociaż zabolałoby od nowa, może po tym mogłaby w końcu naprawdę ruszyć do przodu.
Po co tu w ogóle przyszłaś, Harper?
Kurwa. Wcale nie była taka silna. Wytrzymała może kilka sekund odkąd padło to pytanie, a potem już pękła i wybuchła niesamowicie głośnym, wyjącym płaczem. Momentalnie przekręciła się cała w tą stronę, w którą wcześniej skierowana była jedynie jej buzia, w tym ruchu podciągając na ławkę obie stopy. Jej dłonie opuściły kieszenie by gwałtownie objąć się wokół podkurczonych nóg, głowę zaś pochyliła i wcisnęła między kolana. Chowała się, tak bardzo było jej wstyd. I jakiś czas szlochała ze stałą intensywnością, nawet nie próbując pomiędzy się odezwać. Kiedy zaś zaczęło się wydawać, że ten jej lament słabnie, a ona wobec tego zbierała się do jakiejś wypowiedzi – wtedy szamotała się ze swoim oddechem, tak że finalnie nic z tego nie wychodziło. Próbowała wziąć się w garść, zdawała sobie sprawę że on jest przecież obok i na wszystko patrzy, czeka na cokolwiek. Tylko musiała się uspokoić, żeby być w stanie cokolwiek mu dać.
To był zupełnie inny Harvey - tamten zaatakował ją nagle i to dość brutalnie. Krzyczał, wyrzucając z siebie to, czym ją obarczał, a złość przesłaniała mu widzenie oraz ograniczała docieranie do niego jej słabych, przepełnionych żalem słów. A ten Harvey... był jej znany. To znaczy może nie do końca, to nie tak że była tak świetnie zaznajomiona z jego załamaną stroną - choć faktycznie, od śmierci Toma nie było z nim dobrze, ale to też wyglądało jakoś inaczej. Jednak teraz, mimo że tak mocno cierpiał, biła od niego łagodność, która w połączeniu z widocznym, obecnym nadal zranieniem, sprawiła że Pearson wreszcie całkowicie się poddała. Więc, gdy w końcu była w stanie „mówić” (tak naprawdę słabo dukać), dłużej tego nie odkładała. Uniosła głowę, uchyliła powieki, i ze wzrokiem wbitym gdzieś nieco ponad swoimi kolanami, zaczęła. - Bardzo… bardzo chciałam ci to wsz… wszystko wytłumaczyć... Ale dotarło do mnie, że… odrzucasz moje… próby kontaktu nie bez powodu... I że to… to i tak niczego nie naprawi, więc… skoro nie chciałeś mieć… ze mną nic wspólnego, to… to należało to uszanować. – Na pierwszy ogień wyjaśnienie jej postawy, bo można byłoby jej zarzucić, że skoro było coś, o czym Spencer nie wiedział, to powinna była i tak na siłę do niego dotrzeć. Wycofała się z tych prób, zeżarta przez własne poczucie winy, które nie baczyło na żadne okoliczności łagodzące.
Nagle poruszyła się – wyprostowała skulone plecy, odciągnęła jedną rękę od swoich nóg i wymierzyła samej sobie policzek. W ramach reprymendy, żeby zmobilizować się do wzięcia w garść; zdawała sobie sprawę, że tak najpewniej nie da się jej słuchać. Zaraz pociągnęła nosem jeszcze parę razy, przełknęła zbierający się znów szloch i po ciężkim odetchnięciu, ponownym zaokrągleniu ramion oraz lekkim oparciu podbródka na ułożonym na kolanach przedramieniu – zaczęła znów słabo i niezbyt płynnie, ale już normalniej. – Naprawdę uwierzyłam, że straciłeś do mnie jakiekolwiek uczucia. I że tamta kłótnia. I twoje wyjście. Że to był koniec. Oddalałeś się ode mnie od miesięcy. Mieszkaliśmy razem, a ja prawie cię nie widywałam. Wszystko było mechaniczne. Jak z przyzwyczajenia. Początkowo nie było w tym nic dziwnego, cierpiałeś, bardzo, przecież widziałam. Ale potem pojawiło się coś innego. Była w tobie złość i obojętność, ale chociaż trzymałeś je w sobie, zaczęłam to odczuwać tak, jakbyś to na mnie był zły, jakbym ja była ci obojętna. Kiedy próbowałam jakkolwiek to poruszyć, zbywałeś temat. Przez moment robiło się lepiej, a potem gorzej niż było wcześniej. I tak miesiąc. Za miesiącem. – Przerwała na dłużej. Oddychała urywanie, skupiała się więc na tym, żeby to jakoś unormować, żeby pójść dalej. Za wszelką cenę próbowała nie myśleć, że to jej dotyczyło, że ona to przechodziła i przeżywała. Bez tego pewnie jeszcze długo nie przecisnęłaby przez gardło tego, co mówiła teraz. – A on. Był cały czas obok. Jak przyjaciel, mówił że chce dla mnie i ciebie jak najlepiej. Martwił się. Dopytywał żeby móc powiedzieć coś na otuchę. Tylko potem… zaczął coraz częściej zauważać, że twoje zachowanie… że to nie wygląda, jakbyś chciał naprawić naszą sytuację. I powtarzał to, coraz częściej i w coraz bardziej bolesnej formie. A ja zaczęłam żyć tymi wątpliwościami, które wkładał mi do głowy. Nie odpuszczałam nas. Ale… byłam tym przesiąknięta. – Musiała znów przerwać, bo znów łamała się w tym mówieniu tak bardzo, że nie mogła wytrzymać od bólu gardła i potrzebowała rozpaczliwie samego oddechu. A kiedy ponownie milczała i koncentrowała się na wciąganiu i wypuszczaniu powietrza, zamiast się uspokajać, czuła jak jej ciało ogarnia panika. Bała się, żeby nie odebrał tego jako jej próby wybielenia się. Przecież… dzieliła się z nim tym wszystkim jedynie dlatego, że naciskał. Bez tego nadal by milczała.

@Harvey Spencer
Uwaga, moje posty mogą zawierać: temat samookaleczania i poronienia, bitchy attitude.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harvey Spencer
Awatar użytkownika
26
lat
189
cm
Tatuator
Techniczna Klasa Średnia
Wiedział, że zagranie tym pytaniem i taką argumentacją było ryzykowane. Przecież przemyślał sobie nawet jej potencjalne reakcje. Lecz nie brał pod uwagę tego, że przecież minęły ponad trzy lata. I mimo iż chciał rozprawić się ze sprawą, która dotyczyła ich oboje, to ona była zakotwiczona w tamtym punkcie czasowym. A oni oboje byli już w zupełnie innym. Tym samym siedziała przed nim Harper. Harper Pearson. Był tego pewien. Ale rzeczywistość wyglądała tak, że jego wszelkie informacje o niej kończyły się na danych osobowych. Nie wiedział, kim teraz była. Jak się zachowywała. Jak reagowała na poruszanie niektórych tematów. Znał ją taką, jaka była tych kilka lat wcześniej, a teraz? Mogła być zupełnie inną osobą. I na pewno była. Nie chodziło nawet tylko o te zmiany w wyglądzie. Ale rozmawiał z nią na tamtej randce i po tej rozmowie nie wpadłby na to, że to mogła być jego Harper. Bo była zupełnie innym człowiekiem i robienie jakiś założeń było niesamowicie naiwne. Tak więc, gdy w końcu udzieliła odpowiedzi na jego jakiekolwiek pytanie, to pozwolił się zaskoczyć. Dosyć boleśnie. Bo właśnie wyszedł na wielkiego debila, który próbował coś wyjaśniać. Coś co sam mówił, że nie miało znaczenia. A przecież gdyby chciała to mogłaby zrobić to już dawno. Czy taka była prawda? Wierzył, że tak. Faktycznie ignorował jej wiadomości i telefony, ale tylko tyle. Ani raz nie przyszła i nie spróbowała stanąć z nim twarzą w twarz. A przecież mogła. Więc, gdyby tylko naprawdę potrzebowała cokolwiek wyjaśnić, to znalazłaby sposób. Czyli on wychodził na idiotę, który chciał się babrać w czymś, czego ona od samego początku nie chciała ruszać? Może powinien bardziej zwrócić uwagę na jej całościowe zachowanie i ton głosu, którym wypowiadała te słowa. Ale na to mogły mieć wpływ różne rzeczy, zupełnie poboczne w stosunku do idei jej wypowiedzi. Tej nie mógł zaprzeczyć, więc milczał. Trudno wyjaśnić czemu w tym momencie Harvey po prostu nie wstał i nie odszedł. Bo mógł to zrobić po jej słowach. Chociaż nic nie wyjaśniło się, to może nie miało, a on miał po prostu usłyszeć, że był durniem który rozpamiętywał coś, co wydarzyło się tak dawno. Lecz siedział tam dalej i już miał zacząć powoli odpuszczać, gdy…
Harper wybuchła płaczem. Natychmiast wyprostował się, odwrócił w jej stronę i utknął wzrokiem w jej plecach. Więcej nie mógł zrobić. Nie to, że nie chciał czy uważał, że nie powinien. Po prostu naprawdę nie mógł. Chociaż był tym typem człowieka, która bez pytania o powody zagarniał rozbitą osobę i zaczynał ją pocieszać. Próbował sprawić, by poczuła się dobrze, bezpiecznie. Chciał dać możliwość do wyrzucenia wszystkich złych emocji i żalów. Zachowywał się tak mimowolnie, nawet o tym nie myśląc. Ale do niej zbliżyć się nie mógł. Nawet nie był w stanie położyć dłoni na jej ramieniu i jej zacisnąć, by dać jej znak że cały czas był obok. To by go przerosło. Więc jedyne co mógł jej dać to czas. By wypłakała wszystkie łzy, które miała do wypłakania i sama uspokoiła się. Chociaż gdy ją słyszał to czuł się okropnie. Mimo iż tym razem, to nie on opowiadał za jej łzy. Przynajmniej nie w sposób bezpośredni, bo nic jej w tym momencie nie powiedział, nie obraził jej, nie naskoczył na nią. To nie zmieniało tego, że czuł się beznadziejnie. Wiedząc że jest bezsilny jeszcze gorzej. Lecz mimo wszystko nadal nie mógł. Jedyne co mógł, to jej nie przeszkadzać, gdy zaczęła już mówić. I słuchać bardzo uważnie, bo jednak robiła to w taki sposób, że ciężko było cokolwiek zrozumieć. Ale poskładał wszystko w całość i zaczął trawić. To było bardzo proste wyjaśnienie. Można powiedzieć, że za proste na ten popełniony czyn. Ale fakt, nie chciał z nią kontaktu. I na tą chwilę nie wiedział, czy byłoby lepiej jeżeli to wszystko wyjaśniliby sobie wtedy. Bo pamiętał w jakim był stanie, jak reagował na wszystko i na wszystkich. W jaką furię wpadał z byle powodu. Bał się samego siebie. I bał się, że mógłby zrobić jej krzywdę. Dlatego wytłumaczył sobie wszystko dokładnie tym samym argumentem, to i tak niczego nie naprawi. Cokolwiek Harper miałaby mu do powiedzenia, to rozpadli się. Skończyli. Już ich nie było. I to nie było coś, co dało się odwrócić jakimikolwiek słowami. Dlatego, by jeszcze bardziej nie cierpieć i nie narażać ani siebie ani jej, nie podejmował tego kontaktu. I to miało jeszcze sens, ale to co zaczęło dziać się później w jego oczach zaczęło go tracić…
- Harper - powiedział odruchowo. Zabrzmiało to dosyć szorstko, bo niemal zaschło mu w gardle od tego milczenia. Nie wiedział jak zareagować inaczej na to, co właśnie zrobiła. Na to uderzenie. Dalej wpatrywał się w jej plecy, teraz czując rosnące w nim niezrozumienie i coś w rodzaju strachu. Nie bał się jej. Ale zaczynał bać się o nią. O jej następne reakcje. Bo właśnie to on dostał oprzytomniającego plaskacza w twarz. Nie znał jej. Była mu teraz obca. Nie wiedział, czego miał się po niej spodziewać. To zaczynało robić się niebezpieczne. Lecz zanim doszedł do wniosków, które kazałyby zabierać mu stąd swoje cztery litery, to zaczęła mówić. A on przecież cały czas o to prosił i na to czekał. Więc oparł się o ławkę, opuścił ramiona, utknął wzrokiem w swoich nogach i zaczął słuchać. Już wytłumaczył jej, że wcale tak nie było. To znaczy powiedział jak było naprawdę, ale nie zdołał wyjaśnić z czego wynikało jego zachowanie. Lecz dopiero po tym jak spojrzał na nie całościowo, to zrozumiał, że mogła to wszystko tak odbierać. Bo nie dawał jej żadnych sygnałów, a te co jej nieświadomie wysyłał tworzyły jego krzywy obraz. Więc był w stanie pojąć to, że wydawało się jej, że to był koniec. Lecz od wydawania się do uwierzenia był jeszcze kawałek. Bo przecież gdyby tak było faktycznie, a jemu byłoby wszystko obojętne, to mógł to skończyć. Zerwać z nią, powiedzieć że męczy się w tym związku albo już jej nie kocha. Ale nic takiego nie padło. Więc nie był w stanie pojąć, co sprawiało, że ostatecznie w to wszystko tak głęboko uwierzyła. I niestety zaraz miał się dowiedzieć…
- Ale w ogóle, co mu było do tego wszystkiego… - wyrwało mu się na samym początku jej wypowiedzi. Nie na tyle głośno, żeby ją przerwać, ale nie powstrzymał się. Gdy myślał o Tonym to jego możliwości samokontroli spadały niemal do zera. To w końcu przez niego to wszystko się stało. Gdyby nie on, to może rozpadliby się za miesiąc lub dwa, nikt tego nie wiedział. Ale może chociaż nie w taki sposób. To on był przyczyną jego największej złości. A sam Harvey nie miał pojęcia, że mógł nienawidzić go jeszcze bardziej. - Martwił się? Faktycznie, zawsze troskliwy facet z niego był - skomentował bardziej do samego siebie. Tymi komentarzami wcale nie atakował jej, tylko jego. Do niego miał problem. Co może było na swój sposób pokręcone, ale z jakiejś przyczyny tak to działało. Bo przecież człowiek z automatu nie zakłada, że osoba którą kocha mogłaby chcieć go skrzywdzić. Jeżeli we wszystkim bierze udział jeszcze trzecia postać, to ona zostaje obarczona największą winą i gniewem. I jeżeli chodzi o samo to wydarzenie, do którego doszło - czyli ich przespanie się ze sobą - to za to mógł bardziej obwiniać jego. Tylko dopiero po chwili dotarło do niego, jaki to wszystko miało wymiar. - Co… po co… przecież wiedział, co się naprawdę stało i jakie były powody mojego zachowania… on… ja pierdole… - wcale nie pytał, nie przerywał jej za bardzo tylko dukał do samego siebie. Jakby prowadził na głos jakiś proces myślowy i dotarł do punktu, w którym doszedł do jakiegoś samouświadomienia. Zrozumiał, że Tony wcale nie był dobrym, troskliwym, oddanym przyjacielem. Wcale nie podkochiwał się w Pearson i akurat nadarzyła się okazja. Nie wyszło tak zupełnie przypadkiem, a oboje nie mieli pojęcia dlaczego. To wszystko o czym mówiła Harper świadczyło o tym, że namieszał celowo. Kładł jej to do głowy umyślnie i podtrzymywał budowany przez siebie obraz. - Skurwysyn - nie powiedział, wycedził przez mocno zaciśnięte zęby. I o dziwo jeszcze siedział na dupie, chociaż jego pięści już samoistnie zaczęły się zaciskać. Jednak byli na ławce w parku, więc nie było tu niczego pod ręką w co mógłby przypierdolić. Najchętniej oczywiście w mordę Tony’ego, ale tego w ogóle nie było w zasięgu. Skupił wzrok na swojej pięści i próbował wyprostować palce, ale nie był w stanie. - Ale… jak do tego doszło… wtedy… tamtego wieczoru? - Dziwne, że to pytanie w ogóle przeszło mu przez gardło. Lecz to, co powiedziała do tej pory Harper nie tłumaczyło wszystkiego. Bo mogła pomyśleć, że to był koniec. Prawdą było, że Spencer zachowywał się jak dupek, któremu na niczym już nie zależało. I jak właśnie się okazało w tym wszystkim utwierdzał ją jeszcze jej ukochany, przystojny przyjaciel, ale… jak wylądowali razem w ich pieprzonym łóżku? To było pytanie, na które oczekiwał otrzymać odpowiedź.

@Harper Pearson
Uwaga, moje posty mogą zawierać: wulgaryzmy, seks, poza tym Harvuś jest milutki c:.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harper Josie Pearson
Awatar użytkownika
24
lat
168
cm
studentka/kelnerka
Pracownicy Usług
Mówiąc mu o tym wszystkim odnosiła stale wrażenie, że robi coś bardzo złego. Przecież ponad trzy lata milczała bo wierzyła, że tak trzeba. Wydawało się jej wtedy, że próba wyjaśnienia, jak do tego doszło, byłaby w jego oczach równoznaczna z usiłowaniem… udobruchania go, aby wybaczył jej i o wszystkim zapomniał. Jakby wola wytłumaczenia miała pociągać za sobą automatycznie samolubne urabianie go, by dostrzegł możliwość ich powrotu do siebie skoro ona nie miała złych zamiarów… Lecz Pearson sama nie widziała tej możliwości, mimo że najbardziej by jej pragnęła - tylko to cholerne poczucie winy, które nie pozwalało jej ostatecznie nic zrobić. Bo po tym wszystkim była zniszczona. Nie lubiła siebie to mało powiedziane, ona czuła do siebie wstręt, momentami nawet nienawiść. Miała potrzebę samą siebie karać żeby odczuć ulgę. Nie odpuszczała sobie, nie machała ręką na swoje wpadki i słabostki, nawet jeśli były one czymś jak najbardziej ludzkim. Zaczęła uważać, że nie przysługuje jej prawo do poczucia zagubienia bądź bezsilności, a gdy w nie wpadała, wściekała się na samą siebie… co skutkowało chęcią skarcenia się. W końcu kiedy poddała się tak totalnie zagubieniu i bezsilności, popełniła największy w życiu błąd – nie były to więc stany, w których chciała się znajdować, a kiedy już do tego dochodziło, skutkowało to nawet autoagresywnymi odruchami, byle się ogarnąć. Teraz też już zaczynało ją przytłaczać, że po raz kolejny nie mogła się pozbierać i ruszyć do dalszej części opowieści, lecz tym razem jakikolwiek ruch z jej strony zmroził głos Spencera.
Jak do tego doszło… Chyba całościowo do tego zmierzała, w końcu to stanowiło punkt decydujący… o ich rozpadzie. Wcześniej tylko ku niemu zmierzali, ale ostatecznie to jej decyzje i działania ich na niego skazały. Wiedziała o tym, a jednak jakby na nowo ją olśniło i znów, kurwa, zblokowało, zwłaszcza po tym w jaki sposób brunet wypowiedział to pytanie. Powoli podkuliła pod siebie twarz i schowała ją w obu swoich dłoniach, z których jedna zaraz przesunęła się bardziej na czoło, palce zaciskając między włosami. Chciała go prosić, żeby od tego momentu powstrzymał się od komentarzy. Już i tak było jej bardzo ciężko o tym wszystkim mówić, a jego zaprzeczenia - jak te o tym, że się myliła co do jego intencji, bo on wcale tak wtedy nie czuł ani nie uważał - czy cierpkie uwagi - jak te przed chwilą o Tonym, przesiąknięte niedowierzaniem w jego dobre zamiary - wcale nie ułatwiały jej zadania. Przecież mówiła o czymś, co działo się dawno. W co wierzyła wtedy, nie teraz. Bo teraz z perspektywy czasu bardzo prosto wyciągało się różne wnioski, jak chociażby ten, że myliła się zajebiście mocno w ocenie sytuacji oraz własnego przyjaciela. Narracja Spencera do jej opowieści nie była potrzebna, bo nie wnosiła jak na razie nic nowego do jej aktualnej wiedzy i świadomości. Zaś jego słowa jedynie bolały, bo tylko podkreślały, jaka wtedy była naiwna i głupia, że dała się tak skrajnie omotać… Lecz kimże była, aby odbierać mu prawo do reakcji? Koniec końców, on się o tym wszystkim dopiero dowiadywał i musiało mieć to na niego wpływ. Duszenie w sobie odruchów czy odzywek na pewno nie byłoby ułatwieniem w przyjmowaniu nowej perspektywy na tamte wydarzenia, a ona… obiecała sobie, że jej przyjście na to spotkanie będzie dla niego okazją, żeby wylał z siebie złe emocje. Weź się w garść, idiotko.
- Więc Tony… – zacięła się już na wstępie, na tym imieniu. Nie umiała go wypowiedzieć bez odczucia nieprzyjemnego dreszczu wzdłuż kręgosłupa, podobnego do tego, który przechodzi przez ciało wobec nagle stresujących, strasznych okoliczności lub myśli. Jego imię przepełniało ją swojego rodzaju grozą, bo nie dość, że była świadoma jak bardzo nią manipulował, to jeszcze nie zniknął z jej życia tak od razu po tamtej konfrontacji w sypialni. Kiedy Harvey wyparował, ona siedziała naga w łóżku, zaś w pokoju z nią został mężczyzna, którego już w tamtym momencie zaczęła się obawiać, choć jeszcze nie od razu przecież pojęła, z jakim wyrachowanym rozmysłem działał blondyn. I wcale nie wyglądało to tak, że zapłakana prosiła go, żeby sobie podszedł, a on podkulił ogon i grzecznie tak zrobił. Próbował ją osaczyć, obronić w niej tą zakłamaną perspektywę, którą kreował od paru miesięcy. Nie przestał istnieć po tym dniu. Potem już otwarcie próbował ją zdobyć - w najgorszy możliwy sposób, czyli nachodząc ją. Nie bez powodu Harper wtedy jakby zaszyła się - opuściła swoje konta społecznościowe, zmieniła mieszkanie (chociaż no… to musiała zrobić tak czy inaczej), odpuszczała zajęcia na uczelni. Żyła nie tylko z dobijającym poczuciem winy, ale także w strachu przed nim. I była w tym wszystkim sama. Nie, inaczej. Miała przecież swoją rodzinę i mogła na nią liczyć. Lecz mimo to, bez Spencera czuła się bezbronna, wiecznie zagrożona – co też odżywało w niej przy okazji tych wspomnień. - On wcześniej ciągle mówił, że zawsze mi ze wszystkim pomoże. Że gdyby coś się stało, gdyby był jakiś problem między mną a tobą… to żebym od razu mu mówiła, a on doradzi mi co zrobić. Bo też jest facetem i wie, jak faceci działają w takich sytuacjach – powtórzyła po Tonym tak słabo, jakby bała się, że jego słowa mogłyby mieć moc, aby go tutaj przywołać. Wtedy wierzyła w jego szczere intencje. Znała go od początku liceum, czyli na tamten moment ładnych parę lat, i faktycznie nie raz mogła na nim polegać. Jednak te słowa, które faktycznie padały z jego ust bardzo często odkąd ich kryzys zaczął się pogłębiać, ze znajomością późniejszych jego posunięć nabierały zupełnie innego brzmienia. Nie kazał siebie wołać w razie katastrofy, żeby jej zaradzić. Robił to, czając się na okazję. Czuwał nad całą tą beznadziejną sytuacją, czekając na odpowiedni moment dla siebie – do powstania którego też niejako się przyczynił.
Jak do tego doszło… wtedy…Tamtego wieczoru ja… kiedy wyszedłeś w taki sposób… ogarnęło mnie takie cholernie wielkie przerażenie. Bo uzmysłowiłam sobie, jak to wyglądało. Że to naprawdę brzmiało jak koniec. To znaczy dla mnie, wtedy, teraz wiem że… – Ledwo zaczęła a już się plątała – między tym, co czuła w tamtym czasie, a tym, czego miała świadomość obecnie. Musiała się skupić na wydarzeniach, przecież o nie się rozchodziło, zdawała sobie z tego sprawę. Wzięła więc kilka głębszych oddechów i podjęła tą samą próbę, tylko z tym bardziej rzeczowym podejściem. Mówienie nadal bolało ją w ściśnięte gardło i szło generalnie chujowo, ale jakoś szło. – Chciałam z tobą porozmawiać, inaczej niż podczas tej kłótni. Nie odbierałeś, dlatego na ślepo poszłam do domu licząc, że może tam będziesz, ale nie było cię. Dzwoniłam do twojej mamy, pisałam do twoich znajomych. Nikt nic nie wiedział. I kiedy skończyły się opcje… odezwałam się do niego, żeby mi pomógł. – Jej ton się ochłodził, jakby Harper się… odcinała? Chyba tak, bo od tego punktu jej wypowiedź stała się minimalnie bardziej płynna, głos zaś, choć nadal drżał z emocji, mimo to w pewnym sensie zrobił się monotonny…
Wróciła do ich mieszkania totalnie załamana. Z poczuciem, że sprowokowała u niego to ostateczne zrezygnowanie z nich. Mogła przecież jeszcze w sobie dusić tą swoją frustrację beznadziejnym stanem relacji i nie byłoby może żadnej katastrofy… Niedługo potem pojawił się Tony, zastając ją w dosłownej rozsypce, zaryczaną na podłodze w kuchni. Miał w dłoni butelkę wódki a na ustach rozczulającą obietnicę, że zajmie się nią i poskłada jej serce. Długo się jej zeszło z opowiedzeniem mu wszystkiego, w końcu była w takim stanie, że nie dawała rady wypowiedzieć pełnego zdania nieprzerwanego szlochem. Blondyn słuchał, głaszcząc ją po plecach, nawet nie wiedziała kiedy wciągnął ją sobie na kolana i objął całym sobą. Jak przyjaciel. Potem, niesamowicie przejęty, zaczął jej tłumaczyć, że już po wszystkim. Że Spencer od dawna zachowywał się tak, jakby szczerze pragnął ich końca, tylko nie miał żadnego impulsu, żeby zakończyć związek. Że to, co padło podczas ich kłótni, nie pozostawia wątpliwości. Że skoro nie było go w miejscu, które stanowiło jego ucieczkę przed narzeczoną, to znaczyło, że się od niej uwolnił. Mówił, jak bardzo mu przykro z tego powodu, jak mocno mu jej żal, bo on już od dawna widział, w jakim kierunku zmierzał ich związek, że próbował oszczędzić jej tego cierpienia, ostrzegając ją. Później roztrząsali jeszcze wszystkie konflikty i przykrości wstecz, a wtedy Tony już zaczął podawać jej alkohol, żeby była w stanie się uspokoić. Ona w tamtym okresie chodziła już wiecznie struta całą tą sytuacją i mniej jadała, tego dnia była może po siłą wciśniętym na śniadanie toście. Wobec tego procenty szybko działały, a skoro działały, słowa Anthonego niepostrzeżenie - niepostrzeżenie dla niej w tamtej chwili – poszły w nowym kierunku. Takim, który celował w wytłumaczenie jej, że jej uczucia są niezdrowe. Że Harvey owinął ją sobie wokół palca, miał ją od początku całą dla siebie, co oznaczało że ona nie znała nic innego poza nim. I że jeśli tak to zostanie, to Harper będzie go opłakiwać pewnie do usranej śmierci. Zapewniał, że im szybciej się to zmieni, tym lepiej dla niej. Nie chciała tego zmieniać, oczywiście że nie chciała. Nie umiała i nie chciała sobie tego nawet wyobrazić. Odpowiedziała mu, znów wpadając w zawodzący płacz, że on tak naprawdę nie rozumiał… na co on odparł, niezwykle troskliwie, że rozumiał, bo sam był w takiej sytuacji. I że musi mu zaufać, on pragnął jedynie jej spokoju i szczęścia. Jeszcze przez jakiś czas odpierała jego subtelne namowy, później on powiedział, że położy ją spać - na to się zgodziła, jako że ledwo co utrzymywała otwarte powieki po takiej ilości wyczerpującego wycia oraz wlanej w nią wódki. Kiedy ją zaniósł do łóżka, jeszcze z nią został, dalej do niej mówił. Aż jej szloch się uspokoił, a ona, całkiem zrezygnowana i bezsilna, ostatecznie jednak przytaknęła mu słabym dobrze
- Nawet... miał gumki w kieszeni… – jęknęła cicho na koniec opowieści (jakby do tej pory nie było dla ich dwójki oczywiste, do jakiego stopnia zamierzone było tamto jego działanie), a po tym już opadła z sił i złamała się, wpadając w bezradne łkanie. Tu już i tak stawiała kropkę i raczej nie miała zamiaru iść dalej. Pod barem ryknął w nią na koniec pytaniem, czy było jej chociaż tak zajebiście dobrze, że warto było poświęcić ich wspólną przyszłość dla tego pierdolenia. Otóż nie, nie było jej dobrze. Może na samym początku, przez chwilę fizycznie odczuwała przyjemność, jednak zaraz ogarnęła ją niechęć, obrzydzenie. Tylko zamiast o tym powiedzieć – była pijana, ciężko się jej wysławiało, a w jej zamroczonej głowie zaszedł taki pokrętny proces myślowy... - udawała, byle szybciej skończył. Lecz nie sądziła, że Harvey naprawdę chciał to wiedzieć; tamtego wieczoru, gdy zobaczył ją i dał się tym zaskoczyć, pytał w złości. Ale lepiej było dla wszystkich, żeby nie wyobrażał sobie szczegółów. Bo ogół pozostawał niezmienny - ona, jego wtedy jeszcze narzeczona, pod innym facetem.

@Harvey Spencer
Uwaga, moje posty mogą zawierać: temat samookaleczania i poronienia, bitchy attitude.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harvey Spencer
Awatar użytkownika
26
lat
189
cm
Tatuator
Techniczna Klasa Średnia
Harvey siedział praktycznie nie ruszając się z miejsca, chociaż wewnętrznie już go całego nosiło. Raczej nie zdawał sobie sprawy, że ta rozmowa o tym co się wydarzyło, która z założenia miała być pomocna i oczyszczająca, w rzeczywistości cofnie go w czasie o te trzy lata i to w takim wymiarze, jakby dopiero co doświadczył tej zdrady. Oczywiście, nie był aż tak głupi, by wierzyć w to że cokolwiek usłyszy, to po nim zupełnie spłynie. Lecz naprawdę wydawało mu się, że poznanie całego obrazka i połączenie wszystkich faktów, pozwoli im ostatecznie ułożyć sobie to, może trochę lepiej rozumieć i w końcu zamknąć. W ogóle nie zastanawiał się nad tym, jaką wersję wydarzeń od niej usłyszy. Czy będzie ona zbliżona do tego, co on sobie wyobrażał, czy jednak zostanie czymś zaskoczony. Był tak skoncentrowany na tym celu, czyli pozbyciu się wszystkich niejasności i niepewności, że kompletnie zapomniał o tym, jak ta cała prawda może na niego oddziaływać.
A znosił to naprawdę masakrycznie. Bo gdy tylko słyszał jego imię, to całkowicie odcinał się od tego, co Harper w danej chwili mówiła. W jego głowie pojawiały się krótkie obrazy, jakby pojedyncze wstawki, na których on całował ją, dotykał, rozbierał… i tak dalej. Nie panował nad tym, nie był w stanie wyrzucić tego ze swojej wyobraźni. Dopiero gdy jego wściekłość narastała do niewyobrażalnego poziomu, to potrafił to obejść bo wtedy myślał już tylko o tym, jak rozwala jego łeb o ścianę albo bez opanowania uderza w tą jego śliczną mordę. Co w jakiś zupełnie niezrozumiały sposób uspokajało go. Chociaż to nie rozwiązywało tej sytuacji ani w niczym nie pomagało. Ale przynajmniej tam w głowie dawał ujście swoim emocjom i znowu był w stanie słuchać jej dalej. Próbował skoncentrować się na jej słowach, żeby czegoś nie odebrać opacznie i czasem nie przekręcić. Żeby móc spojrzeć na to wszystko tak, jak ona to wtedy widziała. Ale wtedy popadał w drugą skrajność. Bo zaczynał czuć się tak samo beznadziejnie, jak ona musiała tamtego wieczoru. Gdy naprawdę uwierzyła, że to był koniec. I to był prawdziwy powód tej całej późniejszej tragedii. Bo gdyby cokolwiek potoczyło się trochę inaczej, a ona nie miałaby tej pewności, to może ten pieprzony Tony nie musiałby pojawiać się ze swoim dobrym sercem i butelką wódki. Wystarczyło, że Harvey wróciłby wcześniej do swojego domu rodzinnego. Albo do ich mieszkania. Albo zadzwoniłby do niej kompletnie pijany, co chciał zrobić, ale nie był już w stanie nawet wybrać numeru w komórce. Starczyłaby najmniejsza wątpliwość w tej całej historii. Ale ona nie pojawiła się, a w zamian za to był Tony, razem ze swoją jakże przekonywującą wersją.
Gdy tylko Harper zaczęła opowiadać tą właściwą historię, dotyczącą przebiegu tamtego wieczoru, to ponownie pochylił się do przodu. Oparł łokcie na swoich udach, dłonie po bokach swojej głowy, zamknął oczy i słuchał. W zupełnej ciszy. Nie pozwalając sobie na chociażby jedno słowo komentarza. Ani na jakieś prychnięcie pod nosem, westchnięcie, cokolwiek. Jakby kazał samemu sobie się ogarnąć, uspokoić i zacząć słuchać. Nie myśleć o jakiś wyimaginowanych rzeczach, tylko skupić się na tej opowieści. Jakby nagle potrafił przestać odczuwać i reagować, a stłumienie tych emocji nie było żadnym wyzwaniem. Dzięki czemu dał jej tą możliwość, by opowiedziała tą historię, tak jak chciała. Bez zbędnych komentarzy i przerywników. Popędzania i napierania na nią. Tyle, że przez to wszystkie negatywne emocje zaczynały się w nim kumulować. A z każdym jej kolejnym zdaniem było ich coraz więcej. Bo czuł się jakby faktycznie tam był. Znał przecież dokładnie okoliczności i ich oboje. Odtworzenie tego obrazka w jego głowie, gdzie ona siedziała zapłakana na podłodze, a on ją obejmował i pocieszał, nie było niczym trudnym. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce…
- A ty uwierzyłaś w to on jest facetem i wie, jak faceci działają w takich sytuacjach, zamiast uwierzyć we mnie. W osobę, która była ci najbliższa i którą ty powinnaś znać najlepiej - powiedział to po jakimś czasie. Trudno powiedzieć, ile go minęło odkąd skończyła mówić. A chyba cały czas płakała. On nawet nie drgnął i powiedział to tak niezrozumiale spokojnym głosem, jakby ta cała historia nie wpłynęła na niego. Lecz było to tylko złudne wrażenie, bo Spencer po prostu nie ocknął się ze swego rodzaju transu, w który wpadł podczas jej długiego monologu. - To naprawdę wydawało ci się prawdziwsze? To że nie chcę z tobą być? Przecież gdyby tak było, to mógłbym rzucić ci tym prosto w twarz, skoro i tak już nie zależałoby mi. A ja tego nie zrobiłem. Ja uciekłem, bo byłem przerażony. I tak bardzo przytłoczony tym, jak bardzo źle okazało się między nami. Tak źle, że wszystko nagle się zachwiało, a ja od dawna potrafiłem skoncentrować się tylko na nas. Do tego stopnia, że jak Tom mnie… - przerwał, bo głos mu się załamał. I to był koniec, bo przelało mu się. Za dużo żalu i pretensji do samego siebie. Lecz to nie był czas i miejsce na to. Chciał to wyjaśnić, ale Harper zaparła się i odrzuciła go. Zrozumiał to, nie miał do niej pretensji. Więc należało to porzucić i przejść do sedna tej opowieści. Do tego od czego zaczął, więc należało kontynuować tylko już niestety w innym tonie…
- Nie rozumiem… jak mogłaś dać mu się przekonać! Znałaś mnie, przecież mnie znałaś! Widziałaś, że nie jestem sobą od miesięcy! I co?! Przyszedł pierdolony Tony, powiedział że to ja jestem ten zły, a on się tobą zajmie i poskłada ci serce, i już?! - zaczął krzyczeć, jednocześnie szybko wyprostowując się. Uderzyło w niego i w końcu wybuchnął. Zaczął zachowywać się chaotycznie i wymachiwać rękami. Zrobiło mu się strasznie gorąco, do tego stopnia jakby dosłownie czuł krople potu na twarzy. Był wściekły na nich oboje. Na niego, bo grał w jakąś pierdoloną grę. Próbował osiągnąć swój cel, zobaczył okazje i zaczął ją wykorzystywać. Miał w dupie jego prawdziwe motywy. Zniszczył ich i wykorzystał Pearson. To było niezaprzeczalne. Harvey nadal pragnął rozwalić mu ten jego pierdolony łeb, jeżeli tylko zobaczyłby go. Ale to był Tony, osoba trzecia w tym całym dramacie. To oni odgrywali główne role i… to Harper dała mu się przekonać. Tak, okoliczności były tragiczne, zupełnie niesprzyjające. Jednak był jeden argument, którym powinna rozwiać wszystkie swoje wątpliwości, a jego w tym wszystkim zabrakło. Ale Spencer bronił się przed nim i nie chciał tego wywlekać, bo właśnie poczuł jakby ktoś z całej siły uderzył go w brzuch. Z automatu pierw zgiął się w pół, a potem wstał. Zaczął chodzić w tą i z powrotem, coś brzęcząc sobie pod nosem i co chwilę rzucając różnymi przekleństwami. Ale to jeszcze nie był koniec, bo… zatrzymał się naprzeciwko niej, ale nie patrzył na nią wcale.
- Czyli co? W ten sposób miałaś się szybko ze mnie wyleczyć? Udało ci się?! - ponownie zaczął się pruć. Mając totalnie gdzieś to, że byli w miejscu publicznym. A ona siedziała i płakała. Kierował tą całą złość na nią, bo na nikogo innego nie mógł w tych okolicznościach. A w jego oczach wszystko wzięło się z tego, że ona w to uwierzyła. Więc to ona popełniła ten ostateczny błąd, który doprowadził do tej całej ich destrukcji. - A może tutaj też był problem, co?! Może dlatego dałaś się tak szybko namówić?! Bo tylko mnie znałaś?! Ja pierdole! - Wsunął dłonie w swoje włosy i mocno je na nich zacisnął, by przestać nimi wymachiwać w powietrzu. W ten sposób pozbywał się tego nadmiaru emocji, lecz żaden z tych ruchów czy gestów nie był skierowany w jej stronę. Musiałby być zupełnie pozbawiony uczuć, jeżeli po tym wszystkim co usłyszał mógłby tak po prostu siedzieć na tyłku i mówić do niej zwyczajnym tonem. A w rzeczywistości Harvey całym sobą to przeżywał. Jakby to naprawdę dopiero co się wydarzyło. Bo mimo iż minęły te trzy lata, to przecież jego miłość do niej nie zniknęła nagle z dnia na dzień. Potrzebował miesięcy, by się z tym wszystkim pogodzić. Z tym, że nie byli już razem i nie mieli wspólnej przyszłości. Z tym, że nie będzie już przy niej usypiać i budzić się. Z tym, że nie będzie widział jej nieziemskiego uśmiechu i nie będzie jej przytulał, gdy będzie miała gorszy dzień. Z tym, że nie była już jego, a on jej nigdy więcej nie dotknie. To było cholernie trudne. Nawet jeżeli wydawało się, że zdrada szybko to przekreśliła, to jednak on chciał tego wszystkiego z nią. I tylko z nią. Nagle te pragnienia nie zniknęły, tylko zwyczajnie nie były już możliwe. A teraz dokopał się do tego wszystkiego, co siedziało w nim bardzo głęboko. Co pochował w sobie i nie wypuszczał na światło dzienne, jakby to mogło go zniszczyć. Lecz teraz tylko to jedno mu pozostało. Bo to wszystko co mówiła faktycznie miało jakiś sens. Układało się w spójny obrazek. Tony, ta jego cała manipulacja. On, jego pokrętne zachowanie. Ona, jej cała niepewność i wątpliwości. Ale czy to wszystko, nawet zebrane razem w jedną całość ostatecznie okazało się silniejsze niż… - Kurwa! Ja cię kochałem, Harper… - wyrzucił w końcu z siebie ostatkami sił, które jeszcze w sobie jeszcze miał. Opuścił ręce wzdłuż ciała, a głowę pochylił w dół. Ta końcówka zabrzmiała już bardzo marnie, równie słabo jak jego kolejne słowa.
- Jak mogłaś przestać w to wierzyć… - w końcu głos załamał mu się na tyle, że zorientował się że coś nie gra. Oddychał już ciężko od jakiegoś czasu, ale to nie wszystko. Jego wzrok powędrował z płyty chodnikowej na jego kurtkę i wtedy dostrzegł na niej mokre ślady. Uniósł twarz nieznacznie w górę, zaczynając odczuwać to jak bardzo były mokre jego policzki. Musiał już płakać od dłuższego czasu, ale był tak skupiony na tym gniewie i krzykach, że nawet tego nie zauważył. Uniósł prędko dłoń do góry i przetarł swoją twarz i oczy. I jakby nagle zaczął panikować. Zupełnie nie panował nad swoim nierównym oddechem. Dopiero teraz utknął swoim zapłakanym spojrzeniem w jej buzi, ale nie dlatego że był tak odważny, tylko zupełnie zdezorientowany, przestraszony i słaby. - To był beznadziejny pomysł - powiedział, znajdując swoją drogę ucieczki. Właśnie porozmawiali. Poznał wszystkie fakty. Wiedział, co myślała i co czuła w tamtym czasie. Więc mimo wszystko plan został wykonany, a skoro każde z nich zrobiło już co do niego należało, to nie było powodu, żeby musieli dłużej na siebie patrzeć. Oglądać się, gdy obydwoje wyglądali jak dwa chodzące nieszczęścia. Ponownie przetarł swoją twarz, bo totalnie nie kontrolował tego, że łzy same wypływały mu na policzki. A potem już tylko schował obie dłonie w kieszeniach, odwrócił się i odszedł. Tym razem on wymiękł. Całkowicie. I w tej chwili było mu z tym cholernie wstyd, bo… przecież Harper go zdradziła. Już dawno powinien to przekreślić, mieć z głowy, przeboleć, zapomnieć. A on zachowywał się, jakby nadal coś czuł. A czuć nie powinien. Nie powinien. I to przeraziło go najbardziej.

[ zt ] @Harper Pearson
Uwaga, moje posty mogą zawierać: wulgaryzmy, seks, poza tym Harvuś jest milutki c:.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Harper Josie Pearson
Awatar użytkownika
24
lat
168
cm
studentka/kelnerka
Pracownicy Usług
Dopóki sama mówiła, jego milczenie - o które przecież nie śmiała nawet prosić - było dla niej w pewnym sensie zbawienne, to znaczy pozwalało jej ostatecznie bez takiego wielkiego zacinania się przejść przez najgorszą część opowieści, nie wycofać się z niej. Jednak kiedy już skończyła, a on nadal się nie odzywał, zaczęła się bać. W teorii nie miała czego, przecież jego reakcja nie powinna jej obchodzić, nie byli ze sobą, od ponad trzech lat nie było między nimi najmniejszego kontaktu. Nie musiała się przejmować tym, jak Harvey to wszystko odbierze, mimo to przejmowała się, i to w chuj mocno. Bo przecież to nie tak, że po całym tym czasie który minął, on stał się jej obojętny… Może tak sobie wmawiała skoro zniknął z jej życia – z czymś takim powtarzanym codziennie jak mantra funkcjonowało się o wiele łatwiej, zwłaszcza w przypadku tak beznadziejnym jak ten jej, to znaczy gdy ukochana osoba odwraca się od ciebie z twojej własnej winy. Niemniej, jak przychodziło co do czego, nie dało się kłócić z faktami. Zależało jej na nim. W cholernie pokrętny sposób, w końcu w ten najprostszy, który przysługiwał jej kiedyś, nie było jej już wolno. Choć zupełnie na to nie wyglądało, jej wcześniejsze szorstkie zachowanie zostało przez nią celowo tak wykreowane, ponieważ nie dało się nie zauważyć, że brunet cierpiał z jej powodu, a ona tak bardzo chciała mu ulżyć. Pozwolić mu zobaczyć ją jako tą rzeczywiście złą i bezduszną. Tą, która mogła potraktować go tak, jak zrobiła to kilka lat młodsza i setki razy głupsza Harper, i nie mieć z tego tytułu wyrzutów sumienia - a tym samym nie była warta, żeby zawracać sobie nią głowę. Tak miało być dla niego prościej… szkoda więc, że się złamała.
Jeszcze w panującej między nimi ciszy powoli wyplotła dłoń spomiędzy swoich włosów i odsunęła ją od twarzy, razem z tą drugą. Obie niepewnie zacisnęły się na jej kolanach, a Pearson niechętnie i z ociągnięciem przekręciła się częściowo w stronę bruneta. Skręcało się jej w żołądku, cały czas też płakała – przy czym udało się jej powrócić do robienia tego bezgłośnie, by jej łkanie nie wychodziło na pierwszy plan. Wbiła w niego swoje jasne, zaczerwienione ślepia, które wyglądały jakby ich właścicielka czekała na skazanie… bo czekała. Nie odważyła się o nic zapytać ani nic dopowiedzieć. Czekała.
A potem się zaczęło. Początkowo przeraziło ją to jego opanowanie, bo było takie zimne, nieobecne, jakby wypowiadał się z nim zupełnie obcy jej człowiek. Gdy zaś w jego głosie stopniowo pojawiało się więcej emocji, robiło się dla niej konsekwentnie coraz trudniej, jednak nadal nie dawała sobie prawa do zaprzeczania jego słowom, nie odpowiadała też na te rzucone przez niego w teoretycznie pytającym tonie, gdyż w jej odbiorze był to ton retoryczny. Mający podkreślić, że jej przytaknięcie Tonemu nie miało najmniejszego sensu, z czym ostatecznie przecież się w pełni zgadzała. Na wspomnienie o Tomie zadrżała, lecz skoro Harvey sam nie kontynuował, nie wymuszała na nim tego. Miała wcześniej okazję żeby podjąć z nim ten temat i dość lekkomyślnie ją odrzuciła, zatem aktualnie to też odpuszczała.
Brzmienie jego podniesionego głosu znów zadziałało na nią zamykająco. Wszystkie jej mięśnie mimowolnie się napięły, sylwetka jakby skurczyła się jeszcze wyraźniej – jednak już nie pochylała przed nim głowy. Do tej pory dzielnie na niego patrzyła, mimo zalewających oczy łez, a także mimo chęci ucieczki, chociażby właśnie wzrokiem. Bo patrzenie na to, jak targają nim same złe emocje, których ona była jedyną przyczyną - to naprawdę, kurwa, mocno bolało. Więc musiała to znosić. Skoro żal i gniew cały czas nie mogły z niego ujść, ona też musiała cierpieć i nie wyobrażała sobie uchylać się od tego. Zawahała się tylko, gdy dotarł do próby wyleczenia się z niego oraz tego, że tylko jego znała. W tej chwili zapragnęła mu odkrzyknąć, cokolwiek naprawdę, przecież musiał wiedzieć że to były bzdury. Powinien wiedzieć. Że ani nie chciała, ani nie udało się jej z niego wyleczyć, z całej jej opowieści wybrzmiało zupełnie coś innego, a to że uległa było oznaką jej beznadziejnej słabości wobec zagubienia. I powinien wiedzieć, że nigdy nie miała jakichkolwiek wątpliwości wynikających z tego, że przed nim nie była z żadnym innym chłopakiem w żadnym sensie tego wyrażenia. Jednak głos ugrzązł jej w gardle, chęć na taką reakcję zdążyła z niej ulecieć wobec poczucia bezcelowości wszelkich zapewnień z jej strony. One nic nie zmieniały, a Harvey najwyraźniej miał potrzebę się na nią wydzierać i, jak to sobie ustaliła, nie wyobrażała sobie uchylać się od jego wściekłości… do pewnego momentu, kiedy wściekłość ustąpiła, a jednocześnie jej wytrzymałość została przekroczona.
Ja cię kochałem, Harper.
Właśnie to był ten punkt, który ją dobił. Od razu z powrotem skuliła się w sobie, ukryła przed tym wyznaniem. Choć było już bardzo nieaktualne, o czym boleśnie przypominała forma przeszła, i tak łamało jej funkcjonujące resztkami sił serce. Zrobiła wszystko, żeby nie zanieść się głośnym szlochem po raz kolejny, w zamian za to jej ciało ogarnęły gwałtowne spazmy niemego płaczu. Nie była w stanie myśleć, co dopiero odpowiedzieć, bronić się. Przecież też go kochała. Nie umiała wytłumaczyć jeszcze lepiej, dlaczego mimo to oddała się w ręce Tonego. Wiedziała jak do tego doszło i o tym też mu opowiedziała, fakty składały się w spójną całość i tylko z brakiem logiki odstawała ta jej pierdolona zgoda na sam koniec… Niestety, nie działała wtedy w oparciu o logikę i nie potrafiła umotywować swojego wyboru z tamtej nocy jeszcze bardziej. Po prostu nie potrafiła. Nawet nie zgadzała się z nim już wtedy w trakcie, co rozwalało ją w tym wszystkim najbardziej, bo to wszystko było przez to aż tak pojebane.
Jak mogłaś przestać w to wierzyć… Złamany głos Spencera wybrzmiał w jej głowie z głośnym echem. Pod wpływem impulsu uniosła głowę, odsłaniając tym samym zapłakaną do granic możliwości buzię, zamazanym od łez spojrzeniem lądując na jego twarzy. Na jego mokrej twarzy. A myślała, że po słowach kochałem cię nie mogła czuć się już gorzej, ale proszę bardzo, jednak mogła. Wpatrywała się w niego przerażona, ciężko powiedzieć czym konkretnie, z ustami cały czas mocno zaciśniętymi byle nie wydobył się z nich żałosny lament.
Poderwała się z ławki o kilka sekund za późno. - Harvey… – wydusiła z siebie, za cicho żeby ją usłyszał. Z opóźnieniem dotarło do niej, że jego odwrócenie się i ruszenie wzdłuż alejki oznaczało, że odchodzi. Po słowach które finalnie rzucił było to wręcz oczywiste, że od teraz nie miał zamiaru dalej drążyć tematu, a tym samym ich spotkanie i dłuższe przebywanie ze sobą straciło jakąkolwiek zasadność. Nie mieli innego powodu, żeby na siebie patrzeć, więc teraz ona odprowadzała go wzrokiem, wiedząc bardzo dobrze, że nie ma najmniejszego prawa aby choćby spróbować go zatrzymać. To byłoby strasznie samolubne z jej strony, dlatego jedynie stała i czekała tak długo, aż brunet zniknął z jej pola widzenia. Dopiero wtedy ruszyła słabym krokiem w swoją stronę, nawet nie kłopocząc się ocieraniem łez z policzków, bo co chwila pojawiały się na nich nowe i nowe.
Czasami, nawet mimo dobrych intencji, gubiła się wobec ogarniających ją w danym momencie emocji i ulegała odruchom, które były jej przez nie podpowiadane. Mogła wtedy wierzyć, że robi dobrze, że nie działa wbrew swoim założeniom, lecz kiedy te emocje opadały, wówczas przychodziła świadomość źle podjętych wyborów i reakcji. Zatem później znów miało uderzyć w nią poczucie, że powinna była zrobić dla niego więcej żeby jakoś umożliwić mu ulgę w tym ich temacie, a okazała się egoistką która nie pozwoliła mu wyrzucić z siebie historii o jego bracie. Niby była wtedy jego narzeczoną, ale nawet z nią nie chciał wchodzić w żadne szczegóły – więc w teorii wiedziała, co się wydarzyło, ale nie znała żadnego kontekstu, a wobec tego nie miała pojęcia… jak to rzeczywiście mogło odbić się na Harvey’m. I nie dała mu o tym opowiedzieć. Kurwa.
To nie tak miało wyjść.

[ zt ] @Harvey Spencer
Uwaga, moje posty mogą zawierać: temat samookaleczania i poronienia, bitchy attitude.

Podstawowe

Osobowość

Likes & dislikes

Za fabuły

Eventy

Dla użytkownika

Odznaki od publiczności

Hazel Judy Pearson
Awatar użytkownika
27
lat
175
cm
Rysownik komiksów
Prekariat
Park, jaki miał stać się ich kolejnym punktem w historii, był jak każdy inny. Na pierwszy rzut oka nieskazitelnie czysty, lecz nawet w takich miejscach można odnaleźć coś mrocznego. Rodziny, z dziećmi widziały idealne miejsce do spacerów, karmienia kaczek czy innych takich rzeczy, a ona widziała wszystko, to co skrywał mrok. Pijaków śpiących na ławkach. Młodych ludzi pytających, czy napotkana osoba ma jakiś problem, czy choćby osoby rozwiązujące swoje problemy przez zakopanie zwłok, czy coś w tym stylu. Wszystkie te obrazy nakładały się na siebie w jej wyobraźni gdy jeszcze przez chwilę siedziała nad brzegiem jeziorka. Teraz jednak umościła się na ziemi, wbijając spojrzenie w leniwie przesuwające się chmury nad jej głową. Poczuła tęsknotę, do chwil gdy była dzieckiem. Gdy mogła, tak leżąc, całymi dniami mając, u swojego boku tą drugą osobę. Słyszała jej śmiech oraz ponawiane pytania, jakie zadawały dzieci w jej wieku. Ona natomiast odpowiadała na każde. Przecież od zawsze była kimś więcej dla swojej małej siostry. Nie była tylko tą starszą, lecz czasem i matką. Musiała szybko dorosnąć w chwili gdy rodzice musieli zająć się swoimi sprawami. Musiała być tarczą dla małej oraz młotem dla każdego, kto ją krzywdził. Do czasu.
Jedna, z chmur na chwilę przesłoniła słońce, jak gdyby dawała jasny przekaz młodej kobiecie leżącej na trawniku. Przekaz, że te czasy już dawno minęły, a ona już dawno przestała być tymi wszystkimi osobami. Teraz była jedynie niczym płomień tańczący na drewnianej konstrukcji ich relacji. Konstrukcji, jaką starała się uratować poprzez polewanie jej małymi wiaderkami wody. Było, tak za pierwszym razem gdy złamała jej serce. Było również za drugim gdy jej mała siostrzyczka złamała jej kręgosłup. Tam nad wodą. Dobitnie skazała ją na cierpienie, opowiadając bajkę, w jakiej można było znaleźć ziarno prawdy. Judy od tamtej chwili pragnęła skryć się w ruinach swojego umysłu. Spojrzeć raz jeszcze na swoje, o wiele młodsze odbicie. Jednak takie sztuczki można było tworzyć jedynie w bajkach czy na papierze. Zrobiła, to. Narysowała wszystko, to co ją męczyło, lecz ulga nie przyszła. Harper świadomie czy też nie wyrwała, z niej ostatnią część, jaka trzymała ją na tym świecie. Wyrwała jej człowieczeństwo i zdeptała. Jednak, mimo wszystko tutaj była. Odezwała się do młodszej. Przyszła na spotkanie nie wiedzieć czego ma się spodziewać. Jak zawsze. Tym razem jednak była przygotowana. W torbie, jaka służyła jej teraz za poduszkę, znajdowało się wiele napojów i odrobina jedzenia w postaci starych łakoci, jakie pamiętała, że tamta kochała. Przekupstwo? Może tak. Jednak nie znała jej upodobań. Nie znała jej samej. Niby wiedziała, że widzi przed sobą swoją siostrę. Jednak mimo wszystko była ona dla niej obcą osobą. Bez wspólnych wspomnień. Przeszłości oraz co najważniejsze brakiem przyszłości.
Słońce ponowie zagościło na nieboskłonie, a jego promienie delikatnie muskały ciało rozciągniętej dziewczyny. Jej blada cera uzupełniona równie bladymi włosami wyróżniała się na tle całego tego przybytku. Stanowiła cos w rodzaju żywego posągu i jedyne co wyróżniało ją od zmarłych, to unosząca się nieznacznie klatka piersiowa. Wszystko inne już od dawna było w niej martwe. Judy ponownie przymknęła powieki, pozwalając, aby ulotne wspomnienia zatańczyły pod powiekami. Widziała wianek, z polnych kwiatów i nagle poczuła nieodpartą chęć zrobienia go ponownie. Głupie. Jednak tylko wspomnienia jej pozostały, skoro Harper zabrała jej wszystko. Także lęk.
@Harper Pearson
Mów mi Iries. Możesz się ze mną skontaktować przez Discorda Iries#6713. Piszę w 3os, czas przeszły. Wątkom +18 mówię tak.
Szukam brak danych.
Uwaga, moje posty mogą zawierać: brak danych.

Podstawowe

Za fabuły

Odpowiedz